Zabawne historie

w moim życiu… było ich mnóstwo…. Wszystkie mnie autentycznie bawią. Będę je sukcesywnie uzupełniać…

  1. Steki wołowe – Pan Z. kupił nie wiedzieć czemu trzy paczki steków. Jeden usmażyliśmy wspólnie. Był mocno krwisty. Niedobry. Drugą paczkę zostawił sobie. Trzecią zabrałam  do domu. Jechałam właśnie do byłego męża w odwiedziny a, że on też steki uwielbia, to mu moje oczywiście sprezentowałam. Zadzwonił później, że po 20 – stu minutowym smażeniu, mięso było pyszne – toteż przekazałam tę informację Panu Z. Co on oczywiście wykorzystał do prawidłowej obróbki mięsiwa dla kolejnej kochanki. Opowiadała mi później jakie były kurwa pyszne. Obieg informacji w tym patologicznym świecie – bezbłędny.
  2. Moja naiwność – jest niewiarygodna. Pracowałam w handlu. Materiały z granitu są mega drogie. Przyszła do mnie kiedyś kobieta i zaczęła mi płakać, że biedna, że emerytka, że ledwo wiąże koniec z końcem, że męża pochowała, że jej nie stać, że prosi, że błaga, że będzie się za mnie modlić. Zeszłam jej z ceny potężnie. Dostałam za to poważny opierdol od szefostwa… Ale to nieważne. Wychodzimy na dwór w ten piękny lipcowy dzień z klientką. Upał. I zagajam kobietę na odchodne, że gorąco… a ta mi odpowiada, że gorąco to było w zeszłym tygodniu w Egipcie. Zjechałam.
  3. Altruizm – Lubię robić dobre rzeczy dla innych. Jako że altruistką nie jestem i nie będę, robię to z czystej chęci dobrego samopoczucia. I syntonii oczywiście. Pewnego dnia zobaczyłam faceta stojącego na stopa. Nikt go nie chciał zabrać. Wyglądał na bezdomnego. Więc jak przyjechał autobus wzięłam go ze sobą. Dumna taka … a kierowca mówi, że tego Pana nie zabierze, bo popsuje powietrze. Zrobiłam przedstawienie, że jako klient płacę to wymagam i pojechaliśmy. Jak zobaczyłam miny innych pasażerów entuzjazm mi opadł. Dzięki Bogu facet nie śmierdział, ale… już w autobusie prosił mnie o pieniądze, nachodził mnie później regularnie w domu i codziennie czekał przy moim aucie, abym go zabrała ze sobą. Ograniczyłam więc dobre uczynki do minimum.
  4. Jezioro – uwielbiałam spacerować i rozmawiać z Iryskiem przez telefon. Kiedyś taka telekonferencja trwała trzy godziny, aż doszłam do pięknego jeziora w mojej miejscowości. Nie mogłam się nadziwić, że nie wiedziałam o nim wcześniej… okazało się później, że to żadne jezioro tylko staw melioracyjny. I czar prysł.
  5. Mój pierwszy raz w tramwaju – Koleżanka powiedziała mi, że mam wysiąść na drugim przystanku od Galerii. Dzwoni i pyta gdzie jestem. Kleję głupa, że nie wiem, bo nie umiałam przeczytać nazwy stacji – Auchan – nijak mi się to z niczym nie kojarzyło. Szukałam w myślach skojarzeń z literatury, czy historii. Nie miałam pojęcia nawet z jakiego to języka. Odliczyłam więc dwa postoje i wysiadam. Stoję w efekcie tylko ja przy drzwiach. Nacisnąć przycisk czy nie? W końcu pytam uprzejmie – czy to już przystanek? i słyszę, że to światła!
  6. Wrocław – zaintrygowały mnie strasznie te wgłębienia w chodniku. Nie mogłam zrozumieć do czego to służy. Odkryłam jednak, że gdy wpadają tam kółka z walizki to mniej trzeszczy bagaż… Postanowiłam się tą wiedzą z wszystkimi podzielić a okazało się, że to oznakowanie dla niewidomych, w którym kierunku mają podążać.
  7. Winda – nie lubi jej mój błędnik. Z parkingu podziemnego poszłam z Panem MMW- on do windy, ja do schodów. Uniosłam się honorem, że mnie tak zostawił. Przemierzając piętra zdałam sobie sprawę, że nie wiem gdzie on mieszka. Zadzwoniłam. Powiedział, że na trzecim piętrze. Nie pamiętałam, na którym się znajduję, więc musiałam zejść na parter i odliczyć trzy od nowa.
  8. Wiara we własne możliwości – oczywista. Byłam na drugim końcu Polski. Chciałam wrócić do domu. Źle przeczytałam rozkład i okazało się, że musiałabym koczować na dworcu przez 6 godzin… Poszłam żebrać o bilet z przesiadkami. Okazało się, że jest, ale w Poznaniu. Zgodziłam się. Okazało się, że są tylko trzy minuty na przesiadkę. Zgodziłam się. Okazało się, że dworzec w Poznaniu jest wielopoziomowy. Zdążyłam. Okazało się, że nie ma miejsc siedzących – przesiedziałam na walizce w przedsionku blisko toalety. Niemalże w, ale… to było idealne rozwiązanie. Obok siedział fajny facet a w przedziałach był taki ścisk, że co chwila spadały ludziom walizki na twarz. Ja miałam pierwszą klasę.
  9. Cola – Na pierwszym roku studiów pewien Pan doktor, chciał mnie trochę utemperować, wprawić w zakłopotanie. Zapytał mnie więc przy pełnej sali wykładowej, czy może się napić coli z mojej butelki… Powiedziałam mu, że może…, ale z jednej butelki…, to prawie tak…, jakbyśmy się całowali. Zapamiętał mnie. Spotkaliśmy się na piątym roku. Umilałam sobie zajęcia adorując go i komplementując. Przy składaniu pracy w dziekanacie okazało się, że mam niezaliczone praktyki. Pomyliłam zwyczajnie godziny wpisując do dzienniczka i nie spełniłam wymogu 120 godzin. Istniało ryzyko, że zostanę niedopuszczona do egzaminu dyplomowego. Musiałam się wytłumaczyć u opiekuna merytorycznego. Okazało się, że to pan od butelki i całowania. Zrozumiał mój roztrzepany charakter bez zbędnego tłumaczenia. Warto być zapamiętaną.
  10. Profit – Przeszukując mieszkanie Pana Z w poszukiwaniu dowodów zbrodni, znalazłam kupę babskich ciuchów. Jedna bluzka mi się wyjątkowo spodobała. Wzięłam ją sobie 🙂
  11. Adoratorzy – Jeden powiedział mi, że na zdjęciach jestem ładniejsza. Jeden chciał wkupić się w moje łaski grzejąc mi swoje kapcie! Mało tego – chciał mi za ten piękny, gorący gest wystawić fakturę. Jeden zagaił rozmowę ze mną o moich pieprzykach na plecach. Podpowiedział mi, że jeśli nagrzeję ciało, ponoć, i będę piła sok z buraka to odpadną…. ło matko.
  12. Wiatrak służbowy – został postawiony przez szefa na sali i dostałam dyspozycję, że mam mieć na niego oko, żeby dzieci paluszków nie włożyły i takie tam. Nie stał długo, ponieważ był przeciąg, roleta się odchyliła, wiatrak się przewrócił i tyle. Następnego dnia zostałam wezwana na dywanik w związku z owym wentylatorem. Miałam napisać wyjaśnienie. Pytam dlaczego???! a to dlatego, że miałam wiatraka pilnować. Napisałam piękny elaborat na ten temat, używając górnolotnych słów, zamiast napisać wprost – pierdolnął się i rozpierdolił.
  13. Spowiedź – po śmierci Papieża postanowiłam się nawrócić do tego stopnia, że poszłam do kościoła, do spowiedzi. Natchnęło mnie. Postanowiłam być dobrą katoliczką. Tylko miałam pewne merytoryczne braki,  które mi ksiądz od razu wygarnął. Zapomniałam zupełnie, że sakrament pokuty mnie- jako kobiecie żyjącej w grzechu- nie przysługuje. Jak on mnie opierdzielił…!!!! Na koniec łaskawie puknął mi w konfesjonał, „żeby mi wstyd nie było”. Jak wyszłam tą główną nawą, stukając obcasami – to mnie już więcej tam nie zobaczono – ich strata.
  14. Dzieci – bardzo lubię rozmawiać z dziećmi. Tylko mam pewien schiz. Często dzieci przychodzą do mnie i się chwalą, że coś sobie kupiły… i rodzice tacy dumni – mówię wtedy bezczelnie, że bardzo fajnie, ale… nie masz zdolności do czynności prawnych – nie możesz jeszcze robić zakupów…. nie umiem się powstrzymać.
  15. Sąd – Postanowiłam odwiedzić kolegę w pracy. Byłam już w tym budynku. Należało tylko przejść na drugą stronę ulicy od miejsca, w którym odbywałam szkolenie. W przerwie więc wyskoczyłam do niego. Dzwonię i mówię, że czekam… On – gdzie? Przy windzie. Przy której? i się zaczęło szukanie i tłumaczenie co widzę i takie tam. W końcu facet zgłupiał a ja się wkurzyłam i mówię, że nie jestem wariatką przecież i wiem gdzie jestem. Postanowiłam mu to udowodnić i podeszłam do punktu informacyjnego i stwierdzam – Proszę wytłumaczyć koledze na słuchawce, że jestem w sądzie – a ten, że niestety, ale w urzędzie wojewódzkim….
  16. Poranki – wstaję wyjątkowo zarypana w akcji. Mieszkając na uboczu – denerwowało mnie to, że rano ludzie czyt. sąsiedzi patrząc na mnie pytali czy nie jestem chora. Uznałam, że w mieście będę niezauważona. Anonimowa. Siedzę sobie na kwietniku więc 10 minut po przebudzeniu. Ruchliwa ulica. Podchodzi do mnie facet i pyta – czy się przypadkiem źle nie czuję… noż fuck.
  17. cdn…
Reklamy

Ja i mężczyźni

To z facetami przyjaźniłam się najczęściej i najdłużej. Jakoś nigdy nie zdarzyła mi się przyjacielska relacja z kobietami.

Przyjaźnie z facetami funkcjonują na zasadzie flirtu i fascynacji. W moim przypadku – jednostronnego. Żaden mój męski przyjaciel nie był dla mnie kandydatem na partnera czy kochanka, ale nigdy nie zostało to określone wprost. Zostawiałam to w sferze niedopowiedzeń.. Stąd też te niby przyjaźnie trwały długie lata. Mężczyźni, w przeciwieństwie do kobiet, potrafią cierpliwie czekać, a odrzucenie prowokuje gniew. Toteż dawałam nadzieję…. Otrzymując zainteresowanie, pomoc w każdej dziedzinie życia, wsparcie i opiekę. To cwane zachowanie z mojej strony spowodowało poważny defekt w mojej osobowości – mianowicie – uzależniło mnie adoracji.

Bez adoracji nie wyobrażam sobie codzienności. Bez niej nie potrafię skupić się na pracy. Bez niej nie potrafię odróżnić rzeczy ważnych od nieważnych. Jest priorytetem.
Ustawicznie jej potrzebuję. Ona mnie napędza, wprawia w dobry humor, podtrzymuje moje poczucie własnej wartości i kobiecości na stałym poziomie. To straszne. To zwykłe uzależnienie. Normalnie wystarczyłaby jedna osoba – ja muszę mieć ich kilka. Zawsze ktoś może być zajęty, możemy się pokłócić – toteż muszę mieć wyjście awaryjne. By trwać, by żyć, by nie popaść w depresję. By wstawać rano, by ubierać sukienki.

Zazwyczaj nie mam kłopotu z uwodzeniem. Przychodzi mi to z łatwością. Zdarza się jednak, że trafiam na jednostkę oporną, lub taką, która bawi się w obojętną. Nic tak nie wzbudza mojego zaangażowania jak obojętność. Zabawa w zdobywanie i rezygnację – tworzy toksyczne koło – chcę i nie chcę, jednoczesne przyciąganie się i oddalanie.  Powstaje urojenie wyjątkowości, co  paradoksalnie – wzmaga temperaturę uczuć.  Nie ma to nic wspólnego z magią. Nabrałam się na to kilkukrotnie. Ona nie istnieje.

Jestem więc szczęśliwa i nieszczęśliwa jednocześnie.

Wykreowałam sobie wizję. Poznać dobrego faceta, który będzie się o mnie troszczył. Da mi dużo bliskości. Obudzi się ze mną rano. Wierzyłam, że tego pragnę. I niestety…

Dobry facet jest nudny dla mnie. Nie pobudza mnie do życia. Ziewam. Tracę zainteresowanie. 

Świadomość tego początkowo mnie zamurowała. Przestraszyła. Ostatecznie rozbawiła – jestem wewnętrznie zła…

albo zagubiona. Albo nadal zakochana w nim…. czas pokaże.

 

Obecnie uczę się relacji z kobietami. Nauczyłam się przeklinać właśnie dzięki kobietom. Kiedyś to było dla mnie nie do pomyślenia. A teraz, umiem i lubię. Facetowi wystarczy jeden element w kobiecie by ją zaakceptował. Kobiety patrzą na całokształt. Uwielbiam te szczere. Te twarde kobiety. Chociaż wśród kobiet nie czuję się pewnie…Może dlatego, że zawsze je idealizowałam. A rzeczywistość okazała się koszmarna. Wiele kobiet nie zażywa codziennych kąpieli. Wiele z nich myje pieczarki zamiast je obierać (mam pewną filozofię dotyczącą tej kwestii). Wiele kobiet nie traktuje depilacji jako higieny. Wiele kobiet nie wie jak wyglądają ich intymne narządy. Nie widziało ich w lustrze. Robiłam kiedyś badanie na grupie 40 kobiet w tej kwestii. Żadna. Żadna nie widziała. I pytała- po co?!! Jak k. po co?!!!
Kobiety są zawistne względem siebie. Nie należy im ufać. Nie powinno się powierzać im żadnych tajemnic. Łatwo wylewają z siebie wszystko w złości, z zazdrości, dla własnych korzyści. Mnie koleżeńskie relacje wystarczą. Należę do tych dość wylewnych. Może wydawać się, że mówię za dużo o sobie. Zbyt ufnie… to nieprawda. Zawsze uważam co i komu mówię. Wnikliwie obserwuję. Steruję. Płaszczyk naiwności nieraz pomógł mi w życiu.

Jedzenie…

To dla mnie coś więcej niż potrzeba najniższego rzędu. Jedzenie mówi bardzo wiele o mnie i potrafię też niemało zjeść. Najbardziej jednak uwielbiam mięso. Nie jest to też kwestią przypadku.

Jem ogromne ilości. Makabryczne. Mam to szczęście, że mój organizm potrafi to wchłonąć bez większej najwyżki masy tłuszczowej. Zawsze jem na zapas, jem, jakbym miała już więcej jedzenia nie zobaczyć.
Wszystko to wyniosłam z domu. To zasługa mojej matki. Pilnowała (oczywiście ze względów finansowych) abyśmy jedli tylko trzy posiłki dziennie. Robiłam wiec sobie kanapki po kryjomu. Cienko kroiłam chleb, żeby tylko nie zauważyła. Potrafiłam też te kanapki schować pod bluzką, gdy nagle wchodziła do domu.
Czemu mięso? Mięso jest dla mnie wyjątkowo ważne, bo w domu (w dobie kryzysu) mięso jadł tylko ojciec.
Odbijam wiec sobie teraz za wszystkie czasy. Nadal jem na zapas. Wydawałam ogromne pieniądze na produkty żywnościowe. Lodówka musiała być pełna. Musiało być tam po prostu wszystko. Powoli uczę się, że nie potrzebuję tego wszystkiego. Co nie zmienia faktu, że zawsze chodzę głodna. Ciężko zaspokoić mi tę potrzebę konkretnie, ostatecznie.

Lubię czuć się nieco aspołeczna. Odwiedzam znajomych tylko wówczas, gdy ja mam na to ochotę. Zwyczajnie wymyślam różne czynności, by zostać w domu. Moi przyjaciele wiedzą, że wystarczy zaprosić mnie na obiad a będę zawsze. Mój rekord to cztery niedzielne obiady jednego dnia.
Mój problem z jedzeniem polega na tym, że nie zjem też byle czego. Zjem tylko to, co mi autentycznie smakuje. Jeśli ma być to coś, co ma mnie tylko zapchać to wolę chodzić głodna.

Obiecałam sobie, że zakocham się w facecie, który zrobi mi kanapki. Mówię o tym głośno i wyraźnie, ale zazwyczaj jest to traktowane jako żart.
Raz prawie dostałam kanapki, ale były kupowane, wiec się nie liczy.
Raz dostałam kolację, ale ostatecznie, został mi zabrany widelec, bo nieładnie jest grzebać w pełnej patelni po oddaniu talerza.
Raz zostałam zaproszona na steki z okazji moich urodzin, ale okazało się, że mam sobie je sama usmażyć.

Toteż czekam. Ciągle czekam.
Nie chodzi w tych kanapkach abym je zjadła. Chodzi o to, żeby ktoś zrobił je dla mnie…
I muszą być kolorowe. Lubię kolorowe kanapki.

Dziękuję Pannie W., że zrobiła dla mnie żeberka. Były pyszne. Były dla mnie. Lubię myśleć, że jesteś okrutna, zła i podła… ale jesteś wyjątkową kobietą. Szczerą. Nie można za Tobą nie przepadać. Zwłaszcza, że moje kontakty z kobietami nigdy nie były przyjacielskie, ale to temat na następny wpis.

Dziecko we mgle…

przesadnie reaguje na zmiany, ustawicznie poszukuje uznania i potwierdzenia, nadmiernie odpowiedzialne, lub nadmiernie nieodpowiedzialne, lojalne nawet w obliczu dowodów, że druga strona nie zasługuje na lojalność, impulsywne, z tendencją do poddawania się biegowi zdarzeń…

To ja.

Jest we mnie wewnętrzne dziecko, które uwielbiam i pielęgnuję. I za nic na świecie nie pozwolę go zniszczyć czy zrobić mu krzywdy. Taka jestem. I taka pozostanę…

Uwielbiam tę beztroskę, tę radość i spontaniczność. Jest zaraźliwa i w większości akceptowana społecznie. Zaraża i poraża, czasem wzbudza kontrowersje.

W mojej pracy powinien panować sztywny ton, dress code i bezemocjonalność. Powinien. Nawiązuje specyficzne relacje w życiu codziennym, więc tak też jest i w pracy. Znam swoich klientów, znam ich życie i problemy. Oni znają moją codzienność. Czasem przychodzą do mnie tylko po to żeby sobie pogadać o życiu, religii, bogu, sztuce i głupotach. Jest wśród nich pewien artysta. Rzeźbiarz. Uwielbiam go. Mówi, że urodził się w nieodpowiednich czasach. Przeszkadzają mu samochody, cyfryzacja i dzisiejszy pęd tego świata. Powiedział, że moja osobowość jest nieobojętna… To najpiękniejszy komplement jaki usłyszałam w życiu!

Zdarza się, że spotykam klienta poza pracą, witam się grzecznie z imienia a ten podchodzi do mnie i całuje mnie w czoło… – to może wzbudzać mieszane uczucia, dla mnie to normalne.

Zazwyczaj nie robię ludziom krzywdy. Jednak mój temperament nie bierze poprawki na konsekwencję działań. Mówię dużo, bardzo dużo i nie biorę za te słowa żadnej odpowiedzialności. Zdarza się, że obrażam innych zupełnie tego nie czując. Czasem dochodzi to do mnie po miesiącu, po pół roku i wówczas przepraszam. Zawsze przepraszam.

Jako dzieciak nigdy nigdzie nie wyjeżdżałam. Jako dorosła – byłam przywożona i odwożona, prowadzona za rękę. Zupełnie nie znam świata i teraz kiedy go odkrywam, chłonę wszystko jak dziecko. Nigdy nie jeździłam komunikacją miejską. Wybór autobusu i kupno biletu sprawia mi dużo frajdy. Gubię się na prostej drodze. Zero orientacji w terenie. Zawsze się czymś umorusam jak jem. Na widok fontanny mam ochotę do niej wskoczyć. Lubię skakać po łóżku i bawią mnie te groźby palcem, że spadnę i uderzę głową o stolik. Nie dbam o to. Cieszą mnie małe rzeczy.Balony i polne kwiaty. Wszystko mnie interesuje, wszystko chłonę, wszystkiego chciałabym dotknąć, powąchać. Jeśli czegoś nie wiem, zawsze szukam odpowiedzi.

Jako dziecko mam oczywiście magiczne przedmioty i magiczne zabawy. Na przykład gra w „żółty”. Przejęłam ją od dzieci z domu dziecka, kiedy byłam tam na praktykach. Sprawia mi ona wiele radości i denerwuje tych poważnych i niedowiarków. Polega ona na „klepnięciu” osoby stojącej najbliżej, w momencie kiedy widzi się żółty samochód (bo należy do rzadkich). Ma to na celu „zabranie szczęścia” innej osobie. Czy działa? Ta zabawa wkurzała moje koleżanki-studentki strasznie. Do czasu wpisu ocen z prawa rodzinnego. Pisałyśmy test, na który miałyśmy odpowiedzi. Ja też, ale tylko ja przesunęłam wyniki miażdżąc ten test makabrycznie. Nie do uratowania. Wyjrzałam przez okno. Zaklepałam żółty i podchodząc z indeksem usłyszałam, że wynik tego testu to jakaś pomyłka, jakiś błąd i dostałam swoje 5. Ich miny… nie do opisania.
Swojego czasu bawiło się ze mną w żółty pokaźne grono poważnych ludzi.

Bezsprzecznie posiadam urok dziecka, który pomaga mi w codziennym funkcjonowaniu. Często popełniam błędy, które są mi zawsze wybaczane. Nikt normalny przecież nie skrzywdzi dziecka. Umiejętnie też ten dar wykorzystuje. Zawsze z wdziękiem, zawsze wdzięcznie. Mam wielu dobrych ludzi wokół siebie. Mam dużo szczęścia. Dostaję też różne profity. Zazwyczaj są to słodycze. Mówię wtedy, że nie jestem dzieckiem i wolę procenty. Toteż moja konsekwencja w tej kwestii bywa chwiejna.

Rzadko, naprawdę rzadko spotykam kogoś kto zaczyna mnie temperować, uciszać, wychowywać, kwestionować. Taką osobą był w moim życiu Pan MMW. Nigdy nie czułam się przy nim dobrze. Bardzo ułożony, rozsądny, poważny. Próbowałam być przy nim kimś zupełnie innym.Prostowałam się przy nim. Mówił mi, że mam umyć ręce przed jedzeniem i że jestem za duża na McDonalda… Czasem nie musiał mówić mi nic, wystarczyło jego spojrzenie. Jednak szalę goryczy przelało moje niekulturalne (ponoć) otwieranie jego lodówki. Wcześniej dotykanie książek… Naruszanie prywatności. Wszystko rozumiem, ale on naruszał moją prywatność dotykając mnie. Spałam w jego łóżku… a nie mogę otworzyć lodówki?!!!

 

Być jedną z wielu…

Długo myślałam czy historia, którą chcę tu poruszyć powinna być opisana jako pierwsza… – odpowiedź brzmi -zdecydowanie tak!  W dużej mierze dlatego, że jest ona wciąż żywa, wciąż aktualna… Powinna być też przestrogą dla innych kobiet…

Gdy warszawiak szuka odreagowania od pracy…..

Spotykasz faceta na swojej drodze. Jest magnetyczny, inteligentny, zaradny, czarujący i strasznie zapracowany. Przyjeżdża raz na jakiś czas do mieszkania, które posiada w danej miejscowości, oczywiście najczęściej jak się da. Bo praca. Całe dnie na komunikatorze, od rana do wieczora –  tylko telefonów brak (bo on nie dzwoni, nie lubi). Pierwsza noc, pierwsze tygodnie i pierwsze sygnały alarmowe. Cudowne wieczory – tragiczne poranki. On ogląda wiadomości, sprawdza telefon, odpoczywa. Nie robi śniadania…. Jest obojętny, nerwowy, opryskliwy. Jedyny powód, który powstrzymywał mnie przed nałożeniem butów i trzaśnięciem drzwiami była myśl, że to przecież jakaś pomyłka. Był kochany wieczorem, przytulał mnie i namiętnie kochał. Płakał w nocy mówiąc , że zawsze będzie mnie sprawdzał czy wszystko u mnie w porządku, nawet gdy się rozstaniemy, będzie czuwał, póki nie będzie pewien, że jestem szczęśliwa. Robił mi kanapki z serduszkiem z keczupu, zapalał świeczki i układał masę poduszek. Więc co jest grane????

Pół roku zawirowań emocjonalnych. Wysyłania lokalizacji gdzie jestem, co robię, jakie mam plany. Wiecznych tłumaczeń, że nikogo nie mam, że nie chodzę na randki. Brutalnych ataków słownych. Fajnego seksu i eksperymentów seksualnych. I wiecznego czekania aż przyjedzie.  Aż przyszedł ten moment….

Na imprezie u jego znajomych dowiedziałam się, że nie jestem jedyna… Wyszłam ze spotkania do jego mieszkania. Wypiłam kolejnego drinka i poszłam spać. Nie mogłam już wrócić do domu. Rano… nie było go ze mną w łóżku. Wystarczyło by pokrętne tłumaczenie, że to nieprawda co słyszałam, że jestem najważniejsza, bo przecież kurwa jestem! Wiem to. Zawsze to czułam. Ciągły kontakt na komunikatorze, dużo uczuć, emocji. On nie miałby nawet czasu na kogoś innego – a jednak. Przejrzałam wszystko w domu. Zero poszanowania prywatności. W odwecie – kiedy ja szłam spać a on sprawdzał mi telefon. Teraz moja kolej. Pełno prezerwatyw w szufladach (kiedy my nie zabezpieczaliśmy się w ogóle), babskie kapcie, puder na ręczniku, kobiece kosmetyki w łazience  i telefon!!! Oczywiście zabezpieczony. Jedyne czego jestem pewna to tego, że kobieta jeśli czegoś chce, może osiągnąć wszystko. Oczywiście włamałam się do tego telefonu i szok…!!! Pełno kobiet, pełno zdjęć nagich kobiet, cip, dup i cycek aż mdliło. Wszystkie komunikatory aktywne. Te same zdjęcia dostawałam ja i inne kobiety. Budził nas razem i wszystkie kładł razem spać. Było nas mnóstwo. Napisałam do ostatniej kobiety ( u której zresztą spał w nocy). Odpisała. Spotkałyśmy się. Przytuliła mnie. Zawiązałyśmy czasowy pakt. Ostatecznie urwała ze mną kontakt. Powody oczywiste…
To co zrobił ten facet przeszło wszelkie możliwe wyobrażenie. Spędzał ze mną weekendy, z inną środę i czwartek. Jedna gotowała obiad – druga jadła. Jedna ubierała choinkę – druga rozbierała. Trenował na nas swoje seksualne fantazje. Perwersje. Zabawki. Wszystko pod przykrywką wyjątkowości.
Ze mną planował wakacje – jej w tym czasie powiedział, że będzie w szpitalu. Wszystko ułożyło się w jedną całość. Chodziłyśmy jak w zegarku. Moja lokalizacja dawała mu poczucie bezpieczeństwa i mógł swobodnie spędzać czas z inną. Wieczorne przedstawienia – picie wina, słuchanie muzyki, czułość, poduszki i świeczki z Ikei – podobne, wręcz identyczne.

Makabrycznie mnie zdominował. Robiłam co chciał według jego reguł. Sprzątałam mu w mieszkaniu. Zapewniałam o uczuciu. Adorowałam. Potrzebował słów jak nikt inny. Czasem spadała mu maska z twarzy odkrywając jego kompleksy. Boże! Ja malowałam mu włosy!  Jak Uległa i Dominujący. Nazywał mnie su…! Pluł mi na twarz! Jak mogłam na coś takiego pozwolić?

Wybrał mnie! Długo mnie sprawdzał i ugniatał. Znał moją przeszłość i dzieciństwo. Wiedział, że jestem idealna. Podobnie ta druga… jak inne, nie wiem. Nie docenił mnie, nie doceniał siły kobiet. Zrobiłyśmy mu niespodziankę. Ja pierdole – ukryta prawda, dlaczego ja i zdrady. Ona otworzyła mi drzwi jak był w kąpieli. Jak wyszedł z łazienki byłyśmy już we dwie. Warto było. Mina bezbłędna. Wyszedł nagi z tym swoim sisiorkiem.
Poniżenie….

Po kilku dniach przyszedł do mnie z kwiatami. Powiedział, że mnie kocha i, że sprowokowałam wszystko co się stało, że to tylko moja wina. Mistrz! Nie nienawidzę go, odczuwam coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego, czuję z nim więź, czasem tęsknię, ale już nie czekam. Współczuję mu! Jest malutki. Tak malutki, że musi podpompować swoje ego tymi wszystkimi kobietami. Normalny facet tak nie robi. Dowartościowany mężczyzna tak nie postępuje.

Zastanawiałam się czy ten post jest formą zemsty…?!! – nie jest. Internet nie zapomina. Nikt nie lubi obnażania intymności. Zachowałam pewne standardy prywatności. Moim zdaniem, zbyt wielkie. Nie wiem, czy on ma w ogóle prawo, czuć się dotknięty. To nie było działanie w afekcie. To była premedytacja z jego strony. Nieprzypadkowo też obrobił mi tyłek wśród swoich znajomych. Nieprzypadkowo chciał dojść ze mną do porozumienia. Jedyne czego jestem pewna to tego, że nie pozwolę sobą sterować.