Eksperyment randka

Założenia i cele: 

  1. Poznać kogoś bez wstępnej weryfikacji poprzez chociażby korespondencję.
  2. Uważnie słuchać.
  3. Przełamać własne stereotypy.
  4. Otworzyć się na nowe możliwości.
  5. Czas trwania badania- minimum 60 minut.

 

Wyniki:

  1.  Brak wstępnej weryfikacji wyklucza możliwość sprawdzenia czy jednostki nadają na tych samych falach.
  2. Nie można słuchać uważnie osoby, której życiorys Cię nie interesuje lub nie intryguje.
  3. Przełamano jeden stereotyp. Wyższe wykształcenie nie jest wyznacznikiem inteligencji i elokwencji.
  4. Na podstawie powyższych wyników należy jednoznacznie stwierdzić, iż nie ma możliwości poszerzenia horyzontów poprzez kontakt z osobą, która nie wzbudza żadnego zainteresowania.
  5. W obliczu sytuacji trudnej exodus jest nieunikniony.

 

Podsumowanie i wnioski:

Niniejszy eksperyment umocnił mnie w przekonaniu, że należy wstępnie poznać daną osobę. Kilka rozmów telefonicznych, kilkanaście wiadomości. Dobrze jest zbudować coś na zasadzie więzi. Czy warto chodzić na takie randki? Tak. Chociażby dla słów : Jesteś śliczniejsza niż na zdjęciach… 🙂

Miły facet. Po prostu nie dla mnie.

Akcja kolektyw

Sama się boję siebie gdy zaczynam coś knuć. Nikt w tej kwestii nie przebije kobiet. Jak zaczynam wnikać, szukać, uruchamiać kontakty i sprawdzać, by wyszło na moje, by obalić fikcję, którą ktoś próbuje mnie karmić – moja ekscytacja sięga zenitu. Czuję się zajebiście. Łatwo mnie oszukać czy skrzywdzić, ale konsekwencje tego będą odczuwalne. I co gorsze – długofalowe.

Rozpłynęłam się nad swoim zachwytem, ale o co mi chodzi? O zemstę.

Nie mam wrogów. Tak przynajmniej mi się wydaje, jednak gdy chcę, potrafię się odwdzięczyć za moje niemiłe momenty. Zaczęłam od najbliższego otoczenia. Od mieszkania. Spędziłam dwa dni odpisując na ogłoszenie, które wstawiłam w związku z wolnymi pokojami w mieszkaniu, w którym również funkcjonuję. Mój jedyny sprzymierzeniec się wyprowadza, zatem postanowiłam sama znaleźć kogoś na jego miejsce. Mało kto wie o takiej możliwości. Właściciel ma pewne kłopoty z odpowiednią promocją  tego miejsca a ja nie chciałam zostać sama i chodzić na paluszkach, szukając swoich garnków. Potrzebowałam sojusznika lub chociażby kogoś, kto odwróci uwagę mojej współlokatorki ode mnie. Jutro zatem zamieszka tu nowa osoba. Jest zachwycona (bo jeszcze nie wie co ją czeka). Mnie już się podoba. Ma przede wszystkim swoje życie, przyjaciół, chłopaka a więc nie będzie wnikać co się dzieje za ścianą. Będę ją wspierać. Poczekam na rozwój wydarzeń. Właścicielkę mieszkania oczywiście przeprosiłam, że tak sama z własnej inicjatywy… wybaczyła. Żeby nie myślała, że ten odzew nagły to jakiś cud z kosmosu. Niech wie. Niech doceni.

Za moim współlokatorem będę szczerze tęsknić. Dobry dzieciak. Dobre mu mama pierogi robiła i genialne wino.

Może któregoś dnia zamieszka tu mój mąż numer 2 🙂

Oczekiwania

Nic mnie tak nie wkurwia jak oczekiwania. Nie innych względem mojej osoby – te skutecznie lekceważę. Myślę o własnych. Te jednak olać nie potrafię. Jakoże, mam poważny problem z postawieniem się w sytuacji drugiej osoby i nijak nie rozumiem, że może być inaczej, niż ja to sobie wymyśliłam.

Weźmy na przykład taką sytuację. Czekam na kogoś. Czekam niecierpliwie jak zawsze. I w końcu dostaję wiadomość : Jestem! W sekundę widzę przed oczami przebieg następnego dnia. Widzę siebie w pracy. Niecierpliwą. Z pracy do pracy, ale to nic – w ruchu nie będę tyle myśleć. Mój umysł pracuje na najwyższych obrotach. Zdążę na wszystko. Nie będę zmęczona. Będzie ciemno. Jest gorąco. Mam śliczną sukienkę… sekunda.

I wiadomość:  Nie dam rady jutro.

I  chuj. Nie obchodzi mnie już nic. Ani dlaczego? albo chociażby -Czy kolejne dni wchodzą w grę? Jestem zła i zawiedziona. Wkurwiona i rozżalona. Wiem. Wiem, że to tylko moje oczekiwania, ale to nie zmienia faktu, że droga do domu już mnie nie cieszy, że nie jestem wcale głodna, ej Ty zawsze jesteś głodna.  Nic nie wiem. Nic już nie chcę wiedzieć.

Plan w głowie układa się sam. Nigdy więcej żadnych oczekiwań. Nie zakładaj nic. Nie analizuj tyle. Tylu ludzi nie myśli wcale i żyje.

W efekcie – zakładam, że nie będę zakładać.

Nigdy więcej na nic nie czekaj maleńka Ty…

Pamiętaj! Jesteś taka zajebista – to sprawa oczywista… !

Być świrem

Od razu zastrzegam – pozytywnym! Tego jestem akurat pewna. Nikt mi nie wmówi, że jest inaczej, zresztą –  nikt nawet nie próbował. Wzbudzam mieszane uczucia w obcym towarzystwie, ale bardzo szybko ludzie przekonują się do mojej osoby – wręcz ciągnie ich do mnie – dlaczego? Posiadam nieograniczone zasoby humoru, optymizmu i spontaniczności. Robię to – czego inni się boją. Mówię głośno. Reaguję intensywnie. Taka jestem. Nikogo nie udaję.

Kocham buldożki francuskie. Ostatnio idąc ulicą – patrzę jest (!!!) ta śliczna, świńska morda – nie widzę już totalnie nic. Zaczynam taniec ekscytacji. Coś w rodzaju reakcji nastolatek na koncercie Bibera. Trudno stwierdzić, czy to płacz, czy śmiech – czy jedno i drugie. Kieruję się więc w jego kierunku – piszcząc, podskakując i krzycząc – Kocham Cię, Kocham!!!! Pies nie jest jednak sam. Idzie w towarzystwie kobiety, mężczyzny i dwójki dzieci – reasumując – tradycyjnej rodziny. Lampka się zapala, ale nie powstrzymuje mnie to, wcale. I nagle wyrasta przede mną kobieta – matka i żona w jednej osobie i mówi: Proszę Panią! Ten Pan ma żonę! A ja… totalna olewka i tekst: Ja nie do Pana. Ja do psa. I to właśnie cała ja.

Kto w pracy ma odwagę powiedzieć do szefowej wyjeżdżającej do sanatorium, że ta nowa fryzura to dla „turnus  mija a ja niczyja” i żeby pamiętała, że na Poczcie nie ma już wolnych skrytek – ja.

Kto wchodząc do mieszkania, w którym leży umierający człowiek pierdolnie, że w tym domu tętni życie? – no ja.

Kto na spowiedzi miał odwagę oznajmić, że nie chodzę do Kościoła bo jestem antyklerykałem? – No ja.

Kto dzwoni z zagubionego telefonu do żony i zaczyna gadkę w stylu – Czy zna Pani osobę, z której numeru dzwonię – no ja.

Potrafię też poprosić o kanapkę obcych ludzi. Czasem wprost. Czasem się tym bawię. Poszła kiedyś fama, że jeden z naszych pracowników jest księdzem. Nikt nie miał odwagi zapytać. Byłam głodna. Więc motywacja oczywista. Pytam zatem faceta czy to prawda, że jest księdzem – on, że nie – jest pastorem. Więc ciągnę dalej…. To super! To znaczy, że ma Pan żonę, która zrobiła Panu kanapki do pracy – on, że tak, owszem – chce Pani??? – no kurczę, jasne! Dwie pieczenie przy jednym ogniu…

Potrafię zaśpiewać z dziećmi piosenkę w miejscu publicznym. Podać rękę do całowania w kolejce sklepowej. Nie ma dla mnie tematów tabu. Nie ma dla mnie ograniczeń. Czemu? Bo bawi mnie to. Napędza. Niejednokrotnie powstaje dysonans poznawczy co do mojej osoby i pytanie – czy inteligentna kobieta może być tak walnięta? Może!

Tylko moja kumpela z pracy potrafi mnie czasem przebić tekstem. Tylko tekstem, ale pełen szacunek. W jej wieku też dojdę po perfekcji. No słuchajcie. Przychodzi klient – kołnierz, ledwo nogi stawia, dyszy… A ta do niego – Skąd Pan wraca? Ten, że z cmentarza… I perełka: A opłacało się Panu wracać??! 🙂 🙂 🙂

Po co ten post? Nie wiem. Tak chciałam sobie powspominać, usprawiedliwić się i pogadać o innych świrach, ale może innym razem…

 

 

 

Egoistka 

Uuu…  wydźwięk w stu procentach pejoratywny. Będę próbowała przekonywać, że niekoniecznie egoizm to samo zło.

Gdy mówię otwarcie, że jestem egoistką, zauważam pewne zmieszanie, nieufność w stosunku do mojej osoby a nawet obawę. To zdecydowanie zła postawa. Moja otwartość w tym względzie powinna być traktowana jako zaleta.

Teoria mówi, że nie ma prawdziwie czystego altruizmu, toteż naiwnie, być może, podejrzewam, że w drugą stronę jest podobnie.

Jak żyje się egoistce?

Normalnie. Ani lepiej ani gorzej niż innym.

Moje zachowania czasem wręcz bawią moich znajomych. Totalnie nie słucham. Jeśli ktoś mnie o coś prosi to na trzy razy. Gdy coś jest jedno, to wiadomo, jest moje. Gdy czegoś jest mało, chcę mieć swój udział. Gdy są kłopoty, najpierw tłumaczę siebie, potem innych. Moje zdanie jest zawsze naj (ale lubię polemikę).

  1. To nieprawda, że nie robi się dobrych rzeczy dla innych. Robi się ich mnóstwo! Z tą tylko różnicą, że posiada się w tym jakiś cel. Najczęściej dobre samopoczucie i wewnętrzną równowagę. Egoista postara się, żeby dobry uczynek, który zrealizował,  został zauważony i doceniony. Jednak to drobiazg, biorąc pod uwagę ogólny efekt.

  2. Egoista jest złym przyjacielem! To nieprawda! On nie potrzebuje mieć wielu przyjaciół, gdyż własne towarzystwo odpowiada mu najbardziej. Nie należy sądzić, że on nie myśli o innych. Myśli, tylko, że o sobie w pierwszej kolejności. Co nie znaczy, że sprzeda tajemnice swoich przyjaciół za łyk mleka i okruchy ze stołu. Egoista będzie robił wszystko, by nie dopuścić do takiej sytuacji. Zadba o swoich przyjaciół – bo ma w tym cel – chce ich mieć w swoim życiu!

Miałam jakiś czas temu niemiłą historię. Przeczytałam, na szczęście –  ze sporym opóźnieniem, groźby w kierunku mojego znajomego. W stylu: znam jego adres, koledzy połamią mu ręce i takie tam. To były groźby karalne, ale je totalnie zlekceważyłam. Ostatecznie zgłosiłam odpowiedniej instancji. Rozmawiałam później na ten temat z moim Best Friends i zapytałam: Dlaczego on nie uderzył w tych atakach bezpośrednio w moim kierunku? Tylko do moich przyjaciół? I odpowiedź była prosta i oczywista- Nie wziął poprawki na mój egoizm.  To prawda.

  1. Egoistka to egoistka. No cóż. To prawda. To trochę smutne, bo albo nie ma nikogo innego, kto mógłby o nią zadbać, albo ona nie ufa na tyle innym, aby oddać się w ich ręce.

Lepiej uważać na tych cichych skurwieli.

Pozdrawiam.

Zdeklarowana egoistka.

Pokora

… jaki to obcy i niezrozumiały termin dla mnie. Nie mam pojęcia skąd się to wzięło u mnie??! Zwłaszcza przy moim chwiejnym poczuciu własnej wartości. Jednakże, zauważyłam, że niekoniecznie świat kręci się wokół mnie. To dobrze! To dowód na to, że nie we wszystkim co złe – mam swój udział.

Jakoś tak było- jest i będzie – że moje opinie, moje sądy i wywody są dla mnie zawsze najważniejsze. Ostatnio dostałam kilka pstryczków w nosek. Nie powiem, że nie dało mi to do myślenia…

Jeśli się waham – przypominają mi się słowa – „Pierdol ludzi, którzy Cię ograniczają!” i uśmiecham się na myśl o tym – zakochałam się w tym haśle. Może kiedyś będę musiała iść na kompromisy – w sensie chciała, ale póki co  – nie chcę.

Skoro podobają mi się szatyni, bruneci z brodą – po co mi blondyn?!!

Jeśli skręca mnie w żołądku na błędy ortograficzne – po co mi się męczyć z dysortografem?!!

Jeśli ktoś nie akceptuje mojej osobowości i gadulstwa – na co komu taka znajomość?!!

Tylko do wykształcenia muszę się przełamać. Ciągnie mnie do wykształciuchów. To bardzo seksowne dla mnie. Ciągle tłumaczy mi się, że wyższe wykształcenie nie czyni człowieka lepszym czy mądrzejszym. Wiem to. Znam takie przypadki. W sumie tylko jeden… góra dwa i na tym koniec.

Boże jak ja się zmieniłam przez ostatnie pół roku… Zaczynam się martwić o siebie… Powolutku zaczynam wyrastać z dziewczynki. PESEL-u nie oszukam. Nie mam już blond włosów i dziewczęcego kucyka. Zachowując się jak kobieta – jestem traktowana jak kobieta. To plus.

Ani odrobiny pokory w tym tekście – nic a nic. Brawo ja.

Pora otwierać wino. Allah nie widzi. Drugą połowę urlopu czas zacząć.