O nałogu, pozytywnie.

Śpię drugą dobę, albo trzecią, nie pamiętam. Naprawdę rzadko, łamie mnie do tego stopnia, kiedy nie mogę wstać z łóżka, nawet tylko po to, by zjeść. Na widok mięsa skręca mnie w żołądku i za uszami, a to już ewidentny dowód, że jestem chora, na serio. Jako, że uwielbiam się nad sobą rozczulać, śmiem twierdzić, że jestem najbardziej chora z wszystkich chorych.

Jednak zjeść trzeba i tu dochodzimy do kwestii nałogu. Spałabym kolejną dobę, gdyby nie fakt, że skończyły mi się papierosy. Zmotywowało mnie to do tego stopnia, że wypiłam kawę, poszłam pod prysznic, ubrałam się, a nawet – zrobiłam sobie minimalistyczny makijaż. I ruszyłam do sklepu. Jak to w życiu bywa, gdy człowiek czuje się do dupy, pogoda jest piękna. Zazdrościłam tym wszystkim zdrowym ludziom, nawet tego, że stoją w kolejce bez większego problemu. Ja umierałam. Nadludzki wysiłek, ale czego się nie robi dla L&M ów forward. Klikam sobie miętkę i zdrowotna smuga koi moje zjebane gardło.

Kupiłam sobie też produkty na placuszki z twarogiem, na które natknęłam się, podczas przeglądania postów tutaj. Są pyszne z bananem. Toteż zjadłam. Nie zje dziś za to, nic ciepłego, moja babcia klientka, bo chociaż dziś jest Pay Day, nie dam rady zmotywować się na tyle, by do niej ruszyć. Może gdybym nie miała na nałogi, ale niestety (dla niej) jeszcze mam.

Jestem mega zła na to swoje ubezwłasnowolnienie. Miałam plany na weekend, które dalekie były od picia wina w łóżku i słuchania smutnych piosenek. Miało być aktywnie. Miało być kreatywnie i twórczo. Miało być.

Mam za to dużo czasu na przemyślenia. Ułożyłam w głowie piękny plan na swoją przyszłość. Bez ludzi z przeszłości, bez badoo i tindera, bez iluzji.

Czuć się jak gówno

Minął rok odkąd poznałam faceta, który sprawił, że dziś czuję się jak fekalia w szalecie miejskim na Dworcu PKP w Koziej Dupie.

Minęło pięć miesięcy odkąd dowiedziałam się, że facet, którego kochałam, prowadzi sobie mini harem. I spotkał mnie zaszczyt przeogromny, bo z tych wszystkich kobiet, mnie upodobał sobie wyjątkowo psychopatycznie.

Minął ponad tydzień, kiedy to wyszłam z jego mieszkania – pomimo zaklinań, że nigdy, przenigdy więcej moja noga tam nie postanie! Że nigdy! PRZENIGDY nie położę się w łóżku, pełnym poduszek i DNA innych kobiet.

A używałam kosmetyków, które zostawiły poprzednie kochanki (Trzy. TRZY płyny do higieny intymnej). I nosiłam ich kapcie (Trzy. TRZY pary różnych kapci!) Czemu on to w ogóle trzyma?!! Zbiór pamiątek pod ścianą w pokoju… niczym trofea.

Jestem słaba i robi ze mną co chce! Przyjął tym razem inną strategię – zrobił przez te trzy dni spędzone razem – wszystko to, o czym marzyłam od dawna. Był taki – jaki powinien być dla mnie zawsze. Nie wiem nawet, jak należy wyłączyć myślenie, aby gotować temu człowiekowi obiad, przytulać się do niego i snuć plany na przyszłość. A tak robiłam.

Nie da się cofnąć tego co się wydarzyło. Nie można w żaden sposób zaufać i odpłynąć. Obudziłam się w nocy obok tego człowieka i zrozumiałam, że to patologia najwyżej miary. Żebym była chociaż głupia…. Nieświadoma….

Poznałam w tym czasie innych facetów. W większości normalnych, dobrych dla mnie. Nie dałam im szansy. Pewnie dlatego, że w tym szaleństwie i pojebanych „zdrowo” emocjach naszych…. – widzę walkę i uczucia.

Rozmawiałam z przyjaciółmi. Ci starzy maja już dość. Machnęli ręką i szydzą. Ci nowi – przecierają oczy ze zdumienia. Próbują terapii szokowych, próbują otworzyć mi oczy… – ale nie da już nic z tym zrobić. Jestem stracona, przegrana, jestem tak głupia i uzależniona, że sama nie widzę dla siebie ratunku.

Kochałam człowieka, który robi przedstawienia i gra na moich emocjach jak nikt w mojej wieloletniej historii. Jego zachowania to wachlarz zaburzeń paranoidalnych. Prosiłam go o brak kontaktu. Błagałam aby mnie uwolnił, odpuścił….

Zaczął historie, że umiera (umierał już kilkakrotnie). Nawet jego autentyczny nekrolog w gazecie, byłby dla mnie żartem. I po raz kolejny – wyzwał mnie od suk! Co godzinę zwrot akcji. Od suki – do kochanie… Zdjęcia talerza zupy, kurczaków na patelni, krajobrazu, żółtego budzika…- śle mi ten spam i ma z tego dużą frajdę.

To smutne. To żałosne…. To sprawia, że chciałabym zniknąć – nie istnieć.

 

Przykra kontynuacja postu:

https://34minuty.wordpress.com/2016/06/01/badoo/

 

 

Świat jest mały

Moja współlokatorka July spadła mi z nieba. Odkąd tu mieszka, zaczynam powoli rozumieć, że rzeczywiście – wszyscy spotykamy się – po coś. To nie jest kwestia przypadku kogo poznajemy i na jakim etapie swoje życia.

July to moja równowaga między życiem wirtualnym a realem. Mieszka w tym mieście od dłuższego czasu i siłą rzeczy zna kilka osób. I się zaczęło. Poznałam gościa. Idę do July. Ta – olśnienie. Pyk zdjęcie do znajomych. Informacja zwrotna. Cała historia o danej osobie. Wiadomo, że są to w większości subiektywne opinie i sądy, ale jednak to newsy zupełnie inne, niż te, którymi jestem karmiona w necie.

Niektóre stany rzeczy mnie rozbawiły. Niektóre zszokowały. Niektóre ustawiły do pionu.

Zaburzyło to mój pogląd co do kilku osób, a mieszkam z July dopiero dwa tygodnie. Strach pomyśleć co będzie dalej.

Taka sama informacja idzie przecież  w drugą stronę, o mnie. Muszę uważać. Co i komu mówię. To jak z zapytaniem do BIKu. Zbyt wiele.. może nabrudzić w historii, a tego nie chcę.

Świat jest zbyt mały…

Uwielbiam moja pracę

i ludzi, którzy tutaj przychodzą. Podobno jestem urocza…. – no raczej, nie mam zastrzeżeń. Nie polemizuję w tym względzie, nigdy.  Codziennie się coś dzieje. Niekoniecznie na temat, niekoniecznie ma to też wpływ na moje wyniki, ale ubaw mam niezły. No i klienci! Dbają o to, żebym nie chodziła głodna. Oprócz standardów typu kawa i słodycze, dostałam w tym tygodniu też jajka, w tym przepiórcze… i w końcu – Sznapsy!

„Chce Pani te Sznapsy, czy woli Pani kolację ze mną dziś wieczorem?” – jednak wybieram sznapsy, proszę wybaczyć.

No tyle czekałam na jakieś procenty i w końcu! Idę we właściwym kierunku!

Prowadzę usługi finansowe. Mam duży szyld nad głową informujący czym się zajmuję i jedną mniejszą broszurę o zakresie moich kompetencji. Wcale to nie odstrasza klientów. Wpada dziś facet i zaczyna dobrze, genialnie wręcz – Słyszałem, że można u Pani załatwić wszystko! Noooo raczej. Podejmuję wyzwanie, ale o co kaman. Ten przedstawia krótką, aczkolwiek urzekająca historię o tym jak nie może dzwonić, bo ma zablokowany telefon w Tmobile. Krótko mówiąc mam sprawdzić czym spowodowana jest blokada, odblokować i uwolnić jego skołatane serce od stresu. Więc zaczynam od śmiechu…. – nie rusza go to. Potem delikatnie sugeruję, że to nie ta branża. Na koniec biorę telefon. Włączam sieć, restart i gra. Odesłałam go z przesłaniem, żeby rozniósł na mieście, że to prawda – mogę wszystko! Jak nie ja to kto?!

Ostatnio też przychodzi facet i opowiada. Moja córka – lat 17, jeździ do szkoły na rowerze. Wyjeżdża przed 9,00 rano i wraca o 21,00. I ten ostro wkurwiony stwierdza. Ona k! do wieczorówki jeździ czy jaki chuj, bo nie rozumiem 🙂

 

 

 

 

Kiedyś się ogarnę

… ale na pewno jeszcze nie teraz. Naprawdę. Nie marzę o rzeczach nierealnych. Chcę mieć własne M1 i faceta, który przyniesie mi na rękach, szczeniaka buldoga francuskiego. To wszystko. Mogłabym, realizację tego projektu, wdrażać nawet od jutra…. ale póki co, obecne życie mi się naprawdę podoba.

Życie w komunie.

Kto by pomyślał, że zostanę w tym mieszkaniu okraszonym cyrografem na kolejny okres. Kto by pomyślał, że wszystkie trzy razem – genialnie się dogadamy. Nawet ja z NIĄ – tą przekładającą garnki – perfekcyjną pedantką.

Wystarczyło pójść z nią raz na policję (zgłosić zgubienie dowodu). Raz do clubu (w poszukiwaniu dowodu). I raz na zakupy ( w poszukiwaniu kurtki, ale już z dowodem w kieszeni). Mało istotny jest też fakt, że zabrała mnie na koniec tego rajdu do Mc Donalda na lody…. 🙂

Trzy historie. Trzy osobowości.

W July (z mojego castingu na nową lokatorkę) zakochałam się od razu. Razem odstawiamy nielegale. Zupełnie nie wchodzimy sobie w drogę. I najważniejsze! Jakie by July nie odstawiała cyrki w kuchni – typu kolacja dla dwojga… to ona już w biosie ma teraz zaprogramowane (w domyśle) dla trojga.

Zupełnie nie wyobrażam sobie teraz mieszkać samotnie. Nie wiem, w ogóle czy to odpowiednie, w moim wieku, prowadzić życie studenckie, ale szalenie mnie to ekscytuje. Każda randka jest obgadana. Każda wolna chata celebrowana. Każdy przyjazd z domu – wyczekiwany.

Wszystko ładnie zaczyna się układać… Dziś też sprawdzę jak układają się włosy babci/klientki po trwałej.

Jest fajnie. Bywa fajnie.

 

Być kobietą

To obowiązek bycia piękną w każdym wieku… tak chyba kiedyś pisano w poradnikach Pani Domu lub Dobre Rady. W każdym razie, to hasło przywlekło się do mojej babci/klientki lat 87 i wymyśliła sobie, że zrobi sobie trwałą. Chociaż wróć. Zrobi sobie – to byłoby idealnie. Wymyśliła sobie, że ja mam jej zrobić. Prosiłam, przekonywałam, że opcji brak, ale ta się uparła. Początkowo plan był taki, że odłożę w czasie kupno płynu, ale babcia jest sprytna i zorganizowała już to narzędzie zbrodni. Termin egzekucji – dzisiaj. Lękam się. Nie umiem, nie lubię dotykać obcych włosów, nie chcę. Jednak muszę. Widząc brak entuzjazmu z mojej strony babcia płaci mi dziś podwójną stawkę. Co nie zmienia faktu,  że motywacji nadal brak. A efektu to nawet nie umiem przewidzieć. Ja nawet nie umiem zrobić dwóch jednakowych warkoczy, wiec o czym my mówimy?!!

Powinno mi się płacić szkodliwe. Najpierw babcia wymyśliła kąpiel. Trzy dni nie spałam próbując się nastawić na to wydarzenie psychicznie. Dzięki Bogu jej przeszło. A teraz to.

Poproszę o wsparcie duchowe dla mnie i dla niej, bo ona nie wie co czyni. A trwała – jak nazywa wskazuje- jutro się nie wyprostuje. Oby włosy nie wypadły.

Ogłoszenie

Jestem w posiadaniu… hmmm, jak to powinno poprawnie gramatyczne zabrzmieć? Nie ważne.

Mam ogłoszenie w związku z pracą dorywczą. Nie, że mało zarabiam. Myślę, że całkiem dobrze, ale od groma wydaję. Taki klasyk. Dwa tygodnie – szał ciał, a resztę miesiąca przeżywam w ascezie. Można byłoby to rozłożyć na cały miesiąc i żyć „normalnie”, ale jeszcze do tego chyba nie dorosłam. W ostatnich latach pieniędze spadały mi z nieba, toteż nadal patrzę w górę a przy okazji staram się być czujna, żeby nie wpaść  gówno. Toteż mam pracę dodatkową i wynagrodzenie tygodniowe. Nie chcę wyjść na schizola, ale to nie chodzi tylko o pieniądze. Lubię kontakty z ludźmi. Babcia, do której przychodzę ma 87 lat. Mówi, że kiepsko widzi, ale ja widzę – jak patrzy na zegarek. Jest idealnym pracodawcą – nie wpierdala się – a ja robię swoje. Na studiach miałam wiele zajęć dotyczących ludzi starszych (myślałam sobie – po cholerę mi to??!), ale dzięki tym zajęciom wiem, czego ona potrzebuje i daję jej to. W efekcie babcia mówi, że jestem jak córka, której nigdy nie miała. Dała mi ostatnio też kwiatek i torebkę. Żadna roślina u mnie jeszcze nie przetrwała miesiąca, ale podjęłam ryzyko. W dużej mierze ze względu na nazwę kwiatka – żyworódka – dla mnie to obietnica, że dużo potrafi znieść. A torebkę zostawiłam kulturalnie pod biedronką – dla innych bezdomnych.

Jednak to ogłoszenie nadal wisi i dziś miałam w związku z nim telefon. Oto przebieg:

On: Dzień dobry, bla, bla, bla. Byłbym Panią zainteresowany. Przede wszystkim tym, że to dwa razy w tygodniu po dwie godziny. Potrzebuję Pani towarzysko. Mieszkam w innej miejscowości. Szukam kogoś na stałe.

Ja: Proszę Pana, to nie tego typu praca, nie, dziękuję.

On : To chce Pani zarobić czy nie?! Dobrze płacę. 1600 zł za spotkanie. Jestem kulturalny i przystojny.

Ja: To skoro ma pan takie atuty, to należy wyjść do parku, na imprezę, do burdelu.

On:Pójdę do burdelu jak Pani będzie tam pracować!

I wkurzył mnie baran jeden! Fakju. Niedoczekanie Twoje!

Pozytyw. Ja widzę pozytywne aspekty w każdej sytuacji. Był chociaż facet szczery. Głupi.. ale jednak szczery.

Wszyscy faceci

To świnie. Banał, ale zaczynam podejrzewać, że to prawda. Ostatnio, na klatce schodowej usłyszałam, że kobiety są pojebane i to też prawda. Nie wnikając w relacje damsko  – męskie, jedno jest pewne – my kobiety, nie jesteśmy wcale głupie – czasem, chcemy takie być. By przeżyć coś wyjątkowego. Chcemy fruwać nie skakać. Chcemy iluzji.

I sprytni faceci karmią nas wyjątkowością i złudzeniami. Taki cichy układ. Oni nas oszukują a my udajemy, że wierzymy.

Koleżanka chciała sprawdzić faceta. Zgodziłam się, no raczej, podejmuję wyzwanie. Trochę się bałam, że mnie spławi… łączy ich przecież taka magiczna więź .

Po trzech zdaniach facet zadzwonił do mnie. Zaprosił mnie na obiad. Rozmowa wręcz na skraju cudu, żeśmy się spotkali (a wyszukanie jego profilu trochę mi zajęło, by ten cud miał miejsce). Idź pan w chuj. Jak zaufać?!! Jak wierzyć?! Musiałam mu wysłać masę swoich zdjęć i dowód osobisty, by zechciał ze mną rozmawiać. Podejrzliwe to to, nieufne.  Widać miał powody, a moje zaufanie?!

No nic. Pociągnę temat. Spotkamy się. Zrobimy mu konfrontację we dwie. Mam już w tym doświadczenie. Niech dostanie typ po nosie.

Nie rozumiem. Chyba jestem zbyt ograniczona. Czemu Ci faceci nie szukają podobnych sobie. Na pewno znajdzie się panna na układ – jestem żonaty chcę się bawić. Po co ta wyjątkowość? Te kłamstwa?! Ta magia?!!

Zostanę chyba less. Taki żart. Za leniwa jestem na kobiety.To się trzeba przy nas namęczyć – fizycznie. Wolę myć okna.

Dobranoc

Renault megane

Od prawie trzech miesięcy nie mam auta. Myślałam, że będę tęsknić za trzeszczącym paskiem klinowym, który budził całą okolicę. I ten specyficzny zapach w kabinie… ta dziura w tłumiku… ten brak wspomagania kierownicy. Pszczółeczka moja. Piła olej jak na wiecznym kacu. I foszki stroiła. Potrafiła zablokować immobilizer i żeby ruszyła, trzeba było ją oszukać, pchając ją do tyłu. Diablica malutka. Ile razu płakałam gdzieś pod sklepem przez jej humory. To auto było przygodą. To auto dawało mi wolność. Jednak, nawet ono, nie nauczyło mnie pokory. Dostałam je na pocieszenie, na odczepne, po rozwodzie. Mój małżeński pojazd był śliczny, z wygodami, w końcu wersja elegance, jednak to pszczółkę będę wspominać najczulej.

W mieście nie potrzebuję samochodu. Mam tramwaje. Lubię nimi jeździć. Chociaż nadal miewam dylematy na obcych przestankach – na przykład, z której strony się wysiada???! I nie rozumiem po co o 23.00 napierdziela klimatyzacja ustawiona na 15 stopni. To jednak podróżowanie publiczne sprawia mi najwięcej radości. I fajnie jest jak nikogo nie ma. A zdarza się. Ostatnio właśnie w tramwaju, nocą, zobaczyłam swoje odbicie w szybie i obiecałam sobie, że już nigdy nie pomyślę o sobie, że jestem brzydka. Nie jestem.

Odkąd chodzę pieszo bardziej się rozglądam. Więcej obserwuję. Więcej zauważam. To co mnie zszokowało najbardziej – to ludzie w słuchawkach na uszach – w każdym wieku – wszędzie. Ludzie utopieni w swojej muzyce, zaplątani w gąszczu kabli – w swoim matrixie. Jestem jedną z nich. Dla mnie muzyka – to obrazy wspomnień. Ostatnio, pod wpływem inspiracji https://szeptanki.wordpress.com/2016/05/25/o-moich-ulubionych-brzmieniach-po-polsku/

zamarzyłam o tym, aby unieść się na wyżyny muzyczne i posłuchać jazzu. Zaczęłam od płyty Polka – Wojtka Mazolewskiego. Moje pierwsze wrażenia: Wojtek cudowny jako facet. Muzyka piękna, ale jeszcze nie dorosłam do niej. To zbyt wiele na moje obecne emocjonalne sinusoidy. I zawstydziłam się. Wymiękłam po trzech utworach czekając na jakiś subtelny głos…