Gdy komuna upadnie… zbudujemy nową…?

Mija rok od mojego życia w komunie tzn. w społeczności najemców, w gronie ludzi z którymi dzielę prysznic i lodówkę, z którymi wydeptuję wspólną ścieżkę w majtulkach, w szlafroku, w zdrowiu i chorobie.

Jak już wspominałam – życie na stancji było dla mnie totalną nowością. Gdy początkowo dostawałam spazmów, bo ktoś kazał mi sprzątać, lub sprzątał za mnie, to następnie, paradoksalnie,  zatęskniłam za pewnym ładem i porządkiem, gdy zabrakło kontroli.

Życie w komunie, gdy wszyscy byliśmy singlami – obfitowało we wspólne spędzanie czasu – a zwłaszcza piątków. Wspólne przesiadywanie w kuchni i wspólne nielegale.

Jednak komuna upadła i każdy z nas zajął się swoim życiem, swoim związkiem, swoją nową drogą. Ktoś się wyprowadził, ktoś nowy mieszka. Przeżyłam fantastyczny ostatni rok i powinnam zrozumieć, że jestem już duża i że było, minęło, nie wróci… ale nie byłabym sobą – gdybym nie chciała zbudować nowej komuny. Pierwowzór był idealny, ale komuna ma nas chronić a zwłaszcza wówczas – gdy pojawił się wspólny wróg – właścicielka mieszkania.

Oczywiście nikt mi nie kazał podpisać umowy z cyrografem, ale muszę/chcę tu jeszcze przekoczować a i właścicielka musi się pewnych rzeczy nauczyć.

Stworzyła umowę jakby prowadziła internat lub schronisko młodzieżowe. Nie wolno nam na przykład przyjmować gości, dłużej niż 6 godzin w pokoju. Nie dba o mieszkanie wcale i podniosła czynsz. Wszelkie naprawy przeciąga w miesiące. Mało tego – wszelkie szkody w mieszkaniu są winą lokatorów, że specjalnie, że niszczą, że należy potracić im za to solidarnie z kaucji, bo rzeczy są przecież wieczne. Jak można brać 2500 zł za mieszkanie co miesiąc i nie wkładać w nie totalnie nic. Zimą zmniejszyć ogrzewanie do minimum – można? Można.

Najgorsze jest jednak wchodzenie właścicielki do domu wedle jej życzenia. Istniało także podejrzenie, że wchodzi także do pokoi i w końcu została przyłapana. Jakież to szczęście złapać taką wiedźmę na gorącym uczynku!!!

I teraz się zabawimy….

Królewno…

Jej twarz pobladła…

Miała już kolor ściany…

Spacerek po linie…

Od czerwca bieżącego roku z kartą MULTISPORT można skorzystać z atrakcji pod tytułem – park linowy. Nie wszędzie i nie za darmo, ale z dopłatą – w naszym mieście to koszt 15 zł.

No i jak nie skorzystać….?

Nie wiem jak Wy, ale ja widziałam park linowy tylko z bezpiecznej odległości i wyobraziłam sobie, że to zabawa na świeżym powietrzu, typowo rekreacyjna a nawet wypoczynkowa w formie zwiedzania.

Nic bardziej mylnego…

Pierwsza trauma rozpoczęła się na szkoleniu, które odbywa każdy nowy uczestnik- samo zamachowiec. Ze względów bezpieczeństwa – nie wzięłam okularów…. zatem jak przemiła, młoda laseczka pokazywała jak przypinać karabińczyki przeszły mnie dreszcze. Ostatni raz taką traumę przeżyłam w podstawówce, przy cyklicznym badaniu wzroku. Stawało się wówczas na drugim końcu gabinetu pielęgniarskiego i należało odczytywać litery, zakrywając jedno oko dłonią. Ja w sekundę zalałam łzami. Wówczas, empatyczna Pani wzruszona moim losem, pocieszała mnie, że to nie szkodzi, że nie widzę tych liter a sprawa była gorsza – ja nie widziałam długopisu, którym te znaki pokazywała.

Tu sprawa była dogłębnie stresująca – bo gdybym się nie przypięła, choćby jednym karabińczykiem, to bym się zwyczajnie spierdzieliła na parter. Wstyd wisieć a cóż powiedzieć spaść.

Mój facet jest szalenie inteligentny. Spojrzał na mnie tylko raz i powiedział – Ty się dzieciaku zabijesz…..

No ale poszliśmy. Mam ubezpieczenie na życie.

Na trzeciej przeszkodzie rozjechały mi się nogi w szpagat i zachciało mi się płakać. W sumie nie płakać – wyć – z bólu i bezsilności. Gdyby przy każdej przeszkodzie istniała możliwość ewakuacji – ludzie korzystaliby z tej sposobności, a ja to już na pewno.

Jeśli chodzi o całą zabawę w parku linowym to chociaż raz w życiu trzeba to przeżyć. No właśnie – przeżyć.  Zwłaszcza grupowo – parami, w związku. Otrzymałam dużo wsparcia i motywujących słów. Chociaż moja druga połowa jest szalenie wysportowana, to także, miała nielekko. To facet, który kocha wszelkie ekstremalne sytuacje sportowe a jakoś uśmiechu podczas zwiedzania – nie zauważyłam. Należy wiedzieć, że to niemały stres a przede wszystkim – spory wszystkim wysiłek fizyczny polegający na niemałej sile rąk. Wysokość nie jest tutaj akurat najdramatyczniejsza, ale zaburzenia błędnika, już tak. Można się pohuśtać jak tarzan, powspinać po siatce, pozjeżdżać a cała zabawa jest totalnie bezpieczna. No chyba, że się nie przypniesz….

Za jakiś czas będę się z tego śmiać, ale póki co nie mogę dotykać dłońmi ciepłej wody – tak piecze – rekreacyjny spacer na linie.

 

Nie unikniesz przeznaczenia…

… Zdziwiłam się nieco – z taką łatwością, wręcz entuzjazmem, zgodziła się pójść ze mną na Taco. Istota aspołeczna – z  wyboru.  I konsekwentna w tych wyborach koszmarnie.

Ja za to jestem osobą podejrzliwą i podejrzewającą zanadto. Węszyłam podstęp. Postanowiłam zaryzykować. Chociaż drążenie tematu mogłoby poskutkować zmianą decyzji,  decyzji podjętej być może, zbyt łatwo, zbyt pochopnie. A Taco uwielbiam. Cytuję go często. Ma chłopak tę łatwość mówienia. Dane i mnie to. Ja ponoszę tylko z tego powodu większe konsekwencje. Taco także – tylko, że finansowe.

Zatem ryzyko podjęte i zapytuję – czy Ty chociaż wiesz – co to Taco?

Tak wiem… to taka kanapka.

A nasza kotka nawet po sterylizacji jest łowna jak diabli. Potrafi złapać kreta i w prezencie – w prezencie podkreślam – przynieść nawet zające z nory. Dziś uczepiła się na kruka. Nie wiem czy to kruk, ornitologiem nie jestem. Dla mnie będzie to kruk bo czarne to takie… jak??? Jak KRUK właśnie.

Obserwujemy ten animal planet na żywo, no ale nie można na to patrzeć bez żalu – szkoda ptaka. Zabieramy kota i do samochodu. Coś trzeszczy pod maską. Otwieramy – ocalały kruk. Nie wiem jak on tam wlazł?! Ale próbujemy go wyciągnąć. Szkoda tylko, że on ma inne plany. I w reflektory i pod kable… Kilka minut zabawy by wydobyć ptaka na wolność. W geście zwycięstwa bierzemy ptaka i podrzucamy go w stronę naszych choinek, czy cisów, nie ważne. Każdy zna ten moment – kiedy uginasz lekko kolana i podnosisz ręce by coś wyrzucić w górę, ku wolności – Leć Kruczku…

i…

tu nagle kotka nasza skok z drzewa – przechwyciła ptaka nie zdążyliśmy oczu szerzej otworzyć jak pióra poleciały….

Nie unikniesz przeznaczenia.

Z lewa do prawa w kierunku centrum. 

Z własnej i nieprzymuszonej woli byłam w Kościele na mszy! I to na mszy z fajerwerkami. Był arcybiskup w czapce Mikołaja z moich dziecięcych wspomnień – typu Dziadek Mróz, który zawsze dawał dzieciom prezenty na zorganizowanych balach dziecięcych i któremu siadało się na kolanach do pamiątkowego zdjęcia… sentymentalnie, ale nie o tym…

O niedzieli palmowej.

I rodziny katyńskie i smoleńskie i Prezydent Miasta i przemarsz służb mundurowych się odbył i sztandarów i trębacze grali i poćwiczyłam mój alt w doborowym towarzystwie. Byłam podekscytowana, ale i czujna. Czekałam na jakąś agitacje, przekaz podprogowy, cokolwiek – do czego mogłabym się przyczepić. Nic. Nic takiego się nie wydarzyło. Przestałam spinać tyłek. Kupiłam palmę u dobrego człowieka (zakładam, że był dobry, bo zrobił ją sam – mężczyzna, około 50-tki) i bawiłam się dobrze. Jak na meczu Lechii i Cracovii – tylko cieplej, zdecydowanie. Zdałam sobie sprawę, że chyba nie takie emocje powinny towarzyszyć w Przybytku Wiary…, ale w sumie, czemu nie?

Idąc za ciosem zmian…

Jestem, (wraz z tysiącami innych ludzi) szczęśliwą posiadaczką karty mulisport no limit. A za rogiem mojej kamienicy, mieści się całkiem fajna i oblegana siłownia z bajerami. Nie bez strachu i lęku – bo „z” i to pokaźnymi obawami. Coś wręcz na kształt obrony magisterskiej czy egzaminu na prawo jazdy – udałam się. Zwykły. Naukowo przebadany strach przed nieznanym. Nigdy nie uczestniczyłam w żadnych ekscesach sportowych. Raz w życiu byłam na Zubie i na tym koniec. Bałam się dosłownie wszystkiego – że nie znajdę drogi do szatni, że będę miała niewłaściwy strój, że nie będę umiała włączyć maszyny, że się spocę jak szczur, że zrobię coś źle lub, że nie zrobię czegoś wcale…

Zabawne.

Magdaleno! Nie jesteś gwiazdą tego teatru.

W molochu ćwiczących, spoconych, zmęczonych i zajaranych życiem ludzi – jesteś przyjemnie niewidzialna. Zwykła, utajona obserwacja pomaga uniknąć błędów. Ostatni pomiar mojej tkanki tłuszczowej wynosił 25% zatem nie przychodzę na siłownię wyciskać siódmych potów a rekreacyjnie – na rowerku pojeździć, telewizje pooglądać, muzyki posłuchać, na ludzi popatrzeć, w saunie poleżeć. Ku mojemu zdziwieniu – na siłowni jest spora masa zabawek typowo relaksacyjnych, które obowiązkowo będą zażywać.

Tak jakoś. Jestem szczęśliwa.

Czasem, słyszę w głowie słowa, jak to niby lubię te chore klimaty, przeszkody, patologie i komplikacje, że się znudzę…

Ni chujutki!

 

Ryszard R.

Ryszard R., jest prawilnym 58 – letnim mężczyzną – dobrym, naiwnie ufnym, bogobojnym. Mieszka na wsi, nie ma pracy. Ma sparaliżowaną część twarzy – przez co nie widzi dobrze na jedno oko i nie słyszy na jedno ucho. Chce pracować. Dorabia w lesie. Chciałby mieć pracę. Poszukuje.

Spotyka na swojej drodze przedsiębiorcę, który proponuje mu pracę. Dobrze płatną. Kilkanaście razy w miesiącu. Wybawiciel pierdolony…

Przedsiębiorcza nakłania Ryszarda R., na założenie konta. Ryszard nie ma też telefonu – należny zakupić starter i zarejestrować go na siebie….

Przedsiębiorca odwozi Ryszarda do domu. Zostawia go pod sklepem. Konfiskuje mu umowę bankową (gdzie są wszystkie dane, łącznie z hasłem do bankowości internetowej) w celu sporządzenia umowy o pracę.

Oszust ma już wszystko. Drażliwe dane i telefon. Może działać. Spędza cały dzień biorąc pożyczki z każdej możliwej instytucji finansowej. Jest pazerny i niecierpliwy.

Ryszard nic nie wie. Czeka na obiecaną umowę. Dostaje w międzyczasie blankiety do spłaty. Nic nie rozumie…  Nie posiadał jeszcze chwilę temu nic. Teraz posiada dług w wysokości 15 tys zł. Dług rośnie zgodnie ze stawką RRSO chwilówek – w  zastraszającym tempie.

Ryszard udaje się na policję – nie zna tego człowieka, nie zna modelu auta. Paradoksalnie, w placówce gdzie założył konto – nie było monitoringu, natomiast kamery były zamontowane nad wiejskim sklepem – a więc jest szansa.

Takich historii jest mnóstwo. Ryszard jest jednym z wielu…

Szkoda mi Ryśka. Częstuje mnie cukierkiem wygrzebanym z kieszeni. Mam w planie zjeść go grzecznie. Wewnątrz opakowania jest mnóstwo ziemi. Nie dam rady go zjeść.

Ryszard musi jechać do miasta zablokować telefon. Przeraża go myśl o takiej wyprawie. Dzwonimy do operatora. Ryszard nie przechodzi weryfikacji -nie wie, na jakie kwoty były doładowania. Ja wiem. Podpowiadam.

Dzwoni telefon. Sfrustrowany klient. Zablokowano mu konto. Podaje się za Ryśka. Wkurwiam się. Mówię mu, że go znajdą!

Niweczę plan policji…

Och Rysiek.

Nagrobki z Chin

Są pewne wybory, które wrzuca się do worka z napisem – przypadki. Przypadkowe wybory to jednakże nadal wybory. Chociaż, nikt chyba świadomie nie dąży by jego przyszłość wiązała się z funkcjonowaniem jako jednostka na taśmie produkcyjnej wyrobów masarniczych.

Ja,  w zastępstwie, na miesiąc, przyszłam do branży kamieniarskiej i zostałam tam 7 lat.  Jako, że nie miałam styczności z umarłymi, ich duszami a zaledwie potomkami – współczuwano mi przeogromnie, zatem, starałam się unikać rozmowy o mojej karierze zawodowej. Poza tym mianowałam się dla świata szerszego – agentem nieruchomości.

Praca w kamieniarstwie to praca sezonowa. Od marca do października z płatną zimą ale bez urlopu latem, bez możliwości chorowania… 8 godzin siedzenia w biurze o wymiarach trzy na dwa i czekanie.. W pierwszym miesiącu bolał mnie tyłek od siedzenia, oczy od patrzenia w ścianę i głowa od wymyślania sobie zajęć. Zaczynałam od spacerowania po pokaźnym placu, po integrację z okolicznymi przedsiębiorcami branż przeróżnych, oraz organizację wyścigów – najczęściej ślimaków. Nagrobki to koszt niemały, zatem to nie chleb – codziennie się nie sprzedaje. Potrafił nikt nie zajrzeć do mnie przez tydzień, a więc w takim przypadku musiałam zorganizować sobie zajęcia mordujące mój czas. I znalazłam. Kupiłam komputer i oglądałam po cztery filmy dziennie. Czym film był trudniejszy i wymagał bolesnej analizy intelektualnej tym lepiej. Ponieważ mogłam wówczas zająć drugą część czasu na spory forumowe na filmwebie. Książek się tam naczytałam i pracę licencjacką tam napisałam. 7 lat, 8 godzin dziennie samiutka w swoim wyimaginowanym świecie… wśród tysiąca krzyży i reliktów kultu. Zapewne odbiły piętno 🙂 Zresztą do dzisiaj uwielbiam spacerować po cmentarzu a przejeżdżając przez Strzegom czuję euforię i ekscytację.

Dlaczego o tym teraz wspominam? W obecnej pracy spotykam ludzi, którzy biorą kredyty, likwidują lokaty w celu kupna granitowego „M1”. Ludzie są przygotowani na poważne wydatki – bo to przecież granit.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że jego wymarzony, jedyny w swoim rodzaju projekt jest produkowany daleko, daleko stąd – w Chinach. I jak teraz słyszę, że ktoś wydaje 12000 na nagrobek z granitu orion z wykończeniem warkocz to jednak mi smutno. A to czemu? A to temu – on nie jest wart takich pieniędzy. Z całą stanowczością nie można powiedzieć, że nagrobki z Chin są bublami. Bo nie są! Tamtejsi producenci mają taki sprzęt, technologię i maszyny, o których się nawet nie śniło naszym kamieniarzom. W tym wszystkim chodzi o naszych biznesmenów. Pracowałam w dużej firmie, którą stać było na zakup pokaźnej kolekcji i transport kontenerowy. Płatność dolarowa na początku roku a później czekanie na spływ aż do lata. Duże firmy kupują dużo i na prawdę tanio, ale dochodzą do tego jeszcze oszczędności na grubości i to jest chyba najgorsze.

  • Minimum to 5 cm. I niektórzy klienci coś usłyszeli, coś patrzą, coś mierzą, ale nie wiedzą o co właściwie chodzi. Każdy element tej konstrukcji powinien mieć co najmniej 5 cm. Nie tylko tablica i płyta wierzchnia, ale i boczki i podstawa. Zdarzało się, że boczki miały po 3 cm… tylko czekać…
  • Błysk – to co błyszczy i świeci – kusi. A niekoniecznie. Dobre granity bywają matowe a owy błysk może być spowodowany żywicą i lakierem, którym pokrywa się płyty w celu zamaskowania uszczerbków i pęknięć.
  • Przebarwienia – nie ma granitów idealnych toż to kamień. Jednak należy unikać przebarwień w kolorze zielonym a zwłaszcza złotym. Kolor ten wskazuje na obecność metalu czyli zwykłej rdzy.
  • Kamyczki w granicie – wizualnie ładnie to wygląda, ale pod wpływem mrozu i deszczu się zwyczajnie wypłuczą i pozostaną dziurki.
  • Wstawki z innego granitu na płycie wierzchniej z dedykacją – to tylko dowód na to, że płyta pękła, miała przebarwienia lub sztychy i trzeba było to zamaskować.Najcenniejsze są całe płyty. Czym więcej elementów łączonych na nakrywie tym więcej było kombinowania.
  • Sprzedawca właściciel – wciśnie Ci wszystko. To jego biznes. Musi opłacić rachunki, wycieczkę na Majorkę i kupić nowe auto. Najlepiej zatem kupować u pracowników.
  • Granit jest ciężki – mega potężnie ciążki. Jeśli masz element ciężki a nie urywa ci rąk i tyłka to możesz podejrzewać, że to konglomerat.Wiele osób posiada w domu „granitowe” parapety 🙂
  • Nie należy podejmować decyzji od razu. Każdy kamieniarz chce sprzedać to, za co już zapłacił, a więc czym klient więcej kręci nosem, tym szybciej można liczyć na rabat i to potężny.
  • Legary na których stoi nagrobek jest ok, ale nic nie zastąpi zbrojonej ramy betonowej.
  • Polimerobetonowe dodatki… Nie! Kruszą się i wcale nie są odporne na mrozy.
  • Krzyż w kolorze złotym to niekoniecznie mosiądz a metal w kolorze złotej farby a złotol to farba to piaskowania literek. Można zamówić litery z opiłkami złota, ale po co?!
  • Za który granit dałabym sobie obciąć rękę? za żaden! Każdy dosłownie każdy może posiadać wadę. Jeśli miałabym któryś wybrać to paradoksalnie – jasny najtańszy granit (chiński) brąz królewski. Najmniej wadliwy. Pospolity. Dobry w utrzymaniu. Jeśli chodzi o kolor to stawiam na czerwoną vangę. Granity czarne są bardzo modne ale koszmarne w  utrzymaniu czystości i co ciekawe – potrafią się przebarwiać pod wpływem słońca. 
  • Gdzie kupować? najlepiej w jakiejś małej firmie, gdzie kamieniarz robi wszystko sam od początku do końca łącznie z cięciem płyt na grubości. 
  • Kwestia najważniejsza to ekipa montująca. Możesz kupić piękny, solidny i niezawodny granit ze Szwecji. Wymyślić swój własny projekt, ale to tylko połowa sukcesu. Najważniejsi są ludzie – ekipa budowlana. W mojej karierze poznałam pokaźne grono tych przesympatycznych panów. Moja firma miała 15 oddziałów. Sprzedawała w sezonie sztuki dochodzące do tysiąca i ani jednego trzeźwego montera. O czym należy jednak pamiętać? – należy być od początku do końca montażu. Nikt nie lubi kontroli i patrzenia na ręce ale to Twoja kasa. Dobre relacje z monterami przyniosą wymierne korzyści. Bądź. Pytaj. Sprawdzaj. Reklamuj. I czytaj umowę.

Po 7 latach funkcjonowania w tym biznesie, nie wydałabym na pomnik nawet złotówki. Alternatyw jest mało, ale jednak są. W całej tej branży  najlepsza jest presja społeczna, bo ludzie powiedzą?! 

 Ja, chciałabym zwykłą płytkę z danymi w stylu amerykańskim,  lub kawałek polnego kamienia z mosiężnymi literami. To wystarczy, ale co ludzie powiedzą…

W tej pracy na prawdę rzadko, zdarzyły mi się osoby kupujące – płaczące, przeżywające , czy jakkolwiek to nazwać – wczuwające się. Szokujący  było dla mnie fakt, że dla większości to tylko smutny obowiązek ale i spory wydatek…

Ni chu chu…

Ja wolę opcję „Ni chujutki”, ale odpowiednio zaakcentowane – tzn. koniecznie,  z paluszkiem w górze! Tak! Wówczas można odczuć odbiór. Coś na kształt – Nie rzucim ziemi skąd nasz ród… itd.

W hierarchii zamienników i synonimów – ni chujutki – stoi według mnie – najwyżej.

No kurczę nie wierzę. Umarła babcia mojego byłego męża. Kobieta terminator – nie do zajechania. Latała po mieście w poszukiwaniu promocji. Zbierała te łupy przez cały tydzień i prosiła byśmy to odbierali raz w tygodniu. Kilkanaście kursów z mieszkania do auta. Wtedy babcia mogła na koniec podkreślić ” od ust sobie odejmuję…” a najchętniej publicznie te stwierdzenia padały. To był specyficzny człowiek. Nadmiernie oszczędny, nadmiernie kąśliwy. Płaciła za moje studia, co nie zmieniało faktu, że musiałam się do niej zawsze zwracać per pani, jako że rodzina to krew. A nas takowe więzy nie łączą. Jedyne co pocieszało babcię w mojej osobie to fakt, że nie jestem żydówką. Chociaż pewności nigdy nie miała.

I babcia poleciała na pokaz. Zakupić kolejny masażer, garnek i kołdrę -zimową porą i bach, biodro i ręka w gipsie. Rodzina babcię do kliniki za porządne pieniądze i 5 tygodni nie minęło i zapalenie płuc, i niewydolność nerek, i sepsa i odwodnianie. Jakim cudem?  Jak leżała przez biodro i połamaną rękę. Babcia miała niespotykaną dumę w sobie. I upór. Żadnej pieluchy. Wolała nie jeść i nie pić, aby kontrolować swoją fizjologiczne potrzeby. Taka była!

I zawinęła się babcia niepodziewanie. I ni chujutki pojąć nie mogę – bo była rodzina zabroniła mi przyjść na pogrzeb! Uwierzyć nie mogę. Wytłumaczyć sobie nie potrafię,  jak można zrobić komuś bana na pogrzeb. Toż to nie wesele, że się gości wybiera. A nawet kultura i pewna dojrzałość nakazuje, przymknąć oko na pewne persony non grata. Jak oni muszą mnie nienawidzić?!!

Jak sobie na to nie zasłużyłam.

Nie wiem co ja chciałam udowodnić wszystkim??!! Że można normalnie funkcjonować po rozwodzie – klasa i kultura – poddaje się, po co mi to było?! Rezygnuję.

Nie rzucim ziemi skąd masz ród!!! Ni chujutki.

Mirror

Zaczynam obsesyjnie patrzeć w lustro. I nie tylko po to, żeby sobie z kimś inteligentnym pogadać. Nikt, jak ja – nie pochwali swojego odbicia elokwentnymi epitetami (i jeszcze w to uwierzy). Nikt, jak ja,  nie opierdzieli mnie samej w lustrze – dosadnie i szczerze ( w zależności od natężenia światła).  I nikt, nie pierdzielnie takiego przemówienia motywacyjnego – jak ja sama- gdzie się jeszcze wzruszę.

Gadanie z sobą w lustrze jest uznawane za domenę ludzi narcystycznych. Nie sądzę. To domena ludzi samotnych.

Jakiś przedziwny korowód ludzi przychodzi do mnie do pracy z zapytaniem – Czy byłam tu w zeszłym roku??! Byłam. Początkowo, uśmiechałam się na to pytanie – teraz – jak wiem już o co chodzi… – marszczę brwi wrogo, stroję kobiece foszki i czekam… na te słowa kojące… – zmieniła się Pani, w tamtym roku była Pani ładniejsza…. Wrrrr.

Przeanalizowałam to. Owszem, jestem o rok starsza. Zmarszczek jakoś specjalnie mi nie przybyło, ani kilogramów. Styl ubioru i makijażu – bez zmian. Zatem co? No włosy!

Mężczyźni wolą jednak blondynki!

Mój miodowy odcień włosów blond, to dla facetów jakiś rudy, jakiś wymyty i wypłowiały brąz, jakiś ciemny, jakiś jakiś niezbyt określony kolor. Kojarzony z latami, smutkiem, i hit roku – małżeństwem.

Co ich tam obchodzi, ze rozjaśniacz niszczył mi włosy. Jasny blond to synonim świeżości, wdzięku, dziewczęcego uroku, radości, ciepła i seksowności…

No nic. Trzeba pomalować włosy.

Ej, ej, Nie widziałeś Kozy mej…? (na wypasie)

Zaprosiła rodzinę na niedzielny obiad. Schabowe i zupa. Duża rodzina. Dzieci, wnuki i prawnuki i ich zwierzęta. Udało się wszystkich zapędzić do stołu i jedzą tę zupę – biała – pewnie kalafiorowa, zabielona śmietaną,  w smaku nie czuć nic, ciężko zidentyfikować, głupio zapytać, ale ciekawość wygrywa. Pytanie poszło – jaka to zupa? Nooo pomidorowa. Tej odpowiedzi nie spodziewał się nikt… I konkluzja. Ja pierdole – zapomniała dodać pomidory…

Jaki z tego morał? Jak coś robisz, rób to na wypasie, albo wcale. Tu mam na myśli – wesela, przyjęcia w ogóle. Nie wiem, po co się trudzić w ogóle…

Porażka nr 1.

Hit normalnie. On i ona poznali się na GG. Ona urody wątpliwej, on całkiem całkiem, ale połączył ich wspólny sport – robienie dzieci. Rodziny nie zdążyły się poznać i dogadać i w efekcie polubić. Zatem zorganizowano wesele – w mieszkaniu. O żesz. Efekt końcowy. ok 22.00 rodzina pana młodego zabrała alkohol i pojechała  kontynuować imprezę „w jakimś bardziej rozrywkowym miejscu i towarzystwie”. Na plus była jedna obecność alkoholu…

Porażka nr 2.

Jak można wpaść na pomysł, by zorganizować imprezę masową bez alkoholu??! Jeśli organizatorzy nie piją ok – ale my, goście TAK, a Ci co nie mogą, lub nie chcą, to ich broszka, ale wybór powinien być. Wesele bez alkoholu skończyło się o 24.00 z bólami (że tak długo). Ci sprytniejsi, organizowali sobie procenty i pili po kryjomu – gdziekolwiek się dało. Tajne picie wzmaga zapotrzebowanie, toteż myśl jest taka, żeby spożyć jak najwięcej, jak najszybciej, póki jest okazja – efekt?!! – północy nie dotrwali (szczęściarze).

Porażka nr 3.

Ona kocha innego, ale wesele zorganizowane i zapłacone, zatem zero wsparcia z zewnątrz. Z boku wszystko gra. Jest wypas – jest cudne jedzenie, alkohol, orkiestra i piękni goście. Wszyscy się świetnie bawią. Panna młoda wygląda bosko… tylko nieobecna jakoś. Ponieważ 90% swojego wesela spędza na skype z ukochanym. A Pan młody? udaje, że nie wie…

Nie mogę sobie za groma przypomnieć dokładnej daty swojego ślubu… 2002. Urząd Stanu Cywilnego. Tylko my i świadkowie…. Pierwszy raz ich wtedy wiedziałam na oczy! Dzień koszmarny. Pewnie stąd to wyparcie. Asekuracja umysłu. Mój drugi ślub będzie na wypasie! Taki żart, jaki ślub… 🙂