ONA

Zaczyna się.

Gdy siedzę w pokoju i wyję do słuchawki, to się właśnie zaczyna. To gównie poczucie chujowizny. Coś na zasadzie braku sensu bytu i istnienia, spowodowane… zupełnie niczym. Niczym konkretnym. Niczym stałym.

Jeśli ktoś mnie zawodzi… czuję smutek. Gdy ktoś mnie krzywdzi… czuję złość! Najgorzej, jeśli nie czuję nic. To nie jakieś tam jesienne przygnębienie, brak witaminy B czy coś w tym stylu. To coś więcej. Znam to uczucie. To sprawia, że mogę położyć się do łóżka i spać i spać i zupełnie odpłynąć. To zżera moją odporność, zaburza równowagę, tworzy kamienie w nerkach.

Powiało depresyjne, a to nie ma z nią, zupełnie, nic wspólnego. Przeżyłam to zeszłej zimy makabryczne, ale teraz już nie jestem sama. Żyję w komunie. Żyję w tym smutnym jak dupa mieście, a że sama kreuję swoją rzeczywistość, to wiem, że fajne dupeczki nigdy nie są smutne.

Najważniejsze żeby zorganizować sobie czas. Dziś mało kreatywnie, ale czuję się nieco lepiej, wiec idę w miasto. Taki banał – wyjść do ludzi! No to idę. Pójdę. Mam cudowne dziewczyny wokół siebie.

I mamy też w domu nową twarz. Jest facet. Faktem jest, że w tym mieszkaniu tylko Aleksandra ma jaja, toteż się cieszę, że idę na ten rajd właśnie z nią. Mam pewność, że żadna krzywda mi przy niej nie grozi.

Wszystko będzie dobrze.

O nałogu, pozytywnie.

Śpię drugą dobę, albo trzecią, nie pamiętam. Naprawdę rzadko, łamie mnie do tego stopnia, kiedy nie mogę wstać z łóżka, nawet tylko po to, by zjeść. Na widok mięsa skręca mnie w żołądku i za uszami, a to już ewidentny dowód, że jestem chora, na serio. Jako, że uwielbiam się nad sobą rozczulać, śmiem twierdzić, że jestem najbardziej chora z wszystkich chorych.

Jednak zjeść trzeba i tu dochodzimy do kwestii nałogu. Spałabym kolejną dobę, gdyby nie fakt, że skończyły mi się papierosy. Zmotywowało mnie to do tego stopnia, że wypiłam kawę, poszłam pod prysznic, ubrałam się, a nawet – zrobiłam sobie minimalistyczny makijaż. I ruszyłam do sklepu. Jak to w życiu bywa, gdy człowiek czuje się do dupy, pogoda jest piękna. Zazdrościłam tym wszystkim zdrowym ludziom, nawet tego, że stoją w kolejce bez większego problemu. Ja umierałam. Nadludzki wysiłek, ale czego się nie robi dla L&M ów forward. Klikam sobie miętkę i zdrowotna smuga koi moje zjebane gardło.

Kupiłam sobie też produkty na placuszki z twarogiem, na które natknęłam się, podczas przeglądania postów tutaj. Są pyszne z bananem. Toteż zjadłam. Nie zje dziś za to, nic ciepłego, moja babcia klientka, bo chociaż dziś jest Pay Day, nie dam rady zmotywować się na tyle, by do niej ruszyć. Może gdybym nie miała na nałogi, ale niestety (dla niej) jeszcze mam.

Jestem mega zła na to swoje ubezwłasnowolnienie. Miałam plany na weekend, które dalekie były od picia wina w łóżku i słuchania smutnych piosenek. Miało być aktywnie. Miało być kreatywnie i twórczo. Miało być.

Mam za to dużo czasu na przemyślenia. Ułożyłam w głowie piękny plan na swoją przyszłość. Bez ludzi z przeszłości, bez badoo i tindera, bez iluzji.

„Seks jest jak sikanie…. ludzie biorą go stanowczo zbyt serio”

Nie można czytać moich postów bez kontekstu, który stanowi całość.

 Przechodzę obecnie pewną wewnętrzną metamorfozę. Czasem mam wrażenie, że przenikam na złą stronę mocy. Prawdopodobnie byłam tam już dawno – przestałam to tylko wypierać.

Jeszcze rok temu, gdyby któryś z moich znajomych przeczytał, że mam ochotę na seks, to oplułby monitor ze śmiechu. Miałam swoją ideologię, którą otwarcie i publicznie obwieszczałam. Uważałam, że seks jest obrzydliwy, brudny, wręcz zbędny. Do tego stopnia, że uprawiałam go głównie w wannie – żeby było posprzątane…Uśpiłam w sobie te potrzeby na długie lata. Będąc w związku musiałam się do niego zmuszać. Na szczęście (w tamtym okresie) moje stosunki seksualne nie trwały dłużej niż trzy minuty. Było to dla mnie wygodne i miłe jednocześnie. Każdy facet czuje w takiej okoliczności upokorzenie – bez sensu – dla kobiety jest to najlepszy znak, że nie trzeba wiele, by facet się nią kręcił …. Pomimo braku zainteresowania seksem, miałam swoje wytyczne…wynikające z doświadczeń.

Bawiły mnie te teksty, które mówiły, że rozmiar nie ma znaczenia, że ważna jest technika i emocje…. Bawiły do czasu, gdy sama tego doświadczyłam. Okazało się, że rzeczywiście coś w tym jest. Byłam zadowolona, miałam fajne orgazmy. Nie czułam nic, ale kręcił mnie ciężar męskiego ciała, oddech i zapach. Wyciszyłam w sobie swoje potrzeby. Zapomniałam o nich. Do czasu…

Jestem wolna i jak to mówi mój znajomy – zaczynam odkrywać w sobie kobiece potrzeby. Miałam swoją teorię, że zanim się z kimś zacznę umawiać – muszę go poznać , najlepiej eksternistycznie, by chcieć, by coś poczuć. W efekcie popełniłam masę pomyłek. Zakładałam. Idealizowałam. Dawałam się nabrać. Każdy przedstawia siebie tylko z tej strony, z której chce. Ostatnio zrozumiałam, że powinnam się z kimś najpierw umówić, by poznać tę osobę, by zrozumieć czy chcę. I spróbowałam.

Seks bez uczuć może być bardzo przyjemny. Wystarczy poukładać sobie w głowie, że ta druga osoba jest nieprzypadkowa. Warta ryzyka. Nie ma co się oszukiwać – musi ufać mnie – jak ja jej. Ostatnio usłyszałam od faceta, że najbardziej się boi mojego ostatniego związku. Nie mogłam czuć się obrażona. To było szczere i prawdziwe. Byłam jedną z wielu. Jestem w jakiś sposób skażona. Pocieszające jest to, że tamten facet nie był głupi. Ma rodzinę. Nie pozwoliłby sobie na żadne ryzyko… Jego strategiczne podejście miejmy nadzieję uchroniło także i mnie.

„Seks jest jak sikanie…. ludzie biorą go stanowczo zbyt serio” (Almodovar) To prawda. Odkąd przestałam robić sobie wyrzuty, że  tylko w związku…., że musi być miłość….., że to nie sport, nie zabawa, że mogę sama lepiej przecież. Zaczęłam brać z tego co najlepsze i czuję się z tym dobrze. Można miło spędzić ze sobą czas. Zjeść boczek z makaronem (chociaż wolałabym ziemniaczki), obejrzeć razem film. Pogadać. Bez planów i presji., ale fair w stosunku do drugiej osoby.

Obudziłam się ze złudzenia, że rozmiar nie ma znaczenia. Ma ogromne. Kiedy czujesz … oblewa Cię niesamowity dreszcz, od czubków palców aż po rzęsy. Tego nie da się zagrać ani wykreować czymkolwiek. Tego nie da się oszukać. To uczucie sprowadza Cię do parteru i możesz zwyczajnie popłynąć.

Często słyszę, że powinnam skopić się na swojej osobie. Jestem maksymalnie skoncentrowana na własnym egocentryzmie.  Nikogo nie mam zamiaru oszukiwać. Nie chcę, póki co, żadnego związku. Muszę zdać egzamin. Znaleźć nowe mieszkanie. Ogarnąć swoje życie. Przeprosić ludzi, których zawiodłam. Jeśli jeszcze nie jest za późno… Rozejrzeć się, czy aby, nie jest blisko to, czego tak uparcie szukam, a mam pewne przypuszczenia…

 

 

Ja i mężczyźni

To z facetami przyjaźniłam się najczęściej i najdłużej. Jakoś nigdy nie zdarzyła mi się przyjacielska relacja z kobietami.

Przyjaźnie z facetami funkcjonują na zasadzie flirtu i fascynacji. W moim przypadku – jednostronnego. Żaden mój męski przyjaciel nie był dla mnie kandydatem na partnera czy kochanka, ale nigdy nie zostało to określone wprost. Zostawiałam to w sferze niedopowiedzeń.. Stąd też te niby przyjaźnie trwały długie lata. Mężczyźni, w przeciwieństwie do kobiet, potrafią cierpliwie czekać, a odrzucenie prowokuje gniew. Toteż dawałam nadzieję…. Otrzymując zainteresowanie, pomoc w każdej dziedzinie życia, wsparcie i opiekę. To cwane zachowanie z mojej strony spowodowało poważny defekt w mojej osobowości – mianowicie – uzależniło mnie adoracji.

Bez adoracji nie wyobrażam sobie codzienności. Bez niej nie potrafię skupić się na pracy. Bez niej nie potrafię odróżnić rzeczy ważnych od nieważnych. Jest priorytetem.
Ustawicznie jej potrzebuję. Ona mnie napędza, wprawia w dobry humor, podtrzymuje moje poczucie własnej wartości i kobiecości na stałym poziomie. To straszne. To zwykłe uzależnienie. Normalnie wystarczyłaby jedna osoba – ja muszę mieć ich kilka. Zawsze ktoś może być zajęty, możemy się pokłócić – toteż muszę mieć wyjście awaryjne. By trwać, by żyć, by nie popaść w depresję. By wstawać rano, by ubierać sukienki.

Zazwyczaj nie mam kłopotu z uwodzeniem. Przychodzi mi to z łatwością. Zdarza się jednak, że trafiam na jednostkę oporną, lub taką, która bawi się w obojętną. Nic tak nie wzbudza mojego zaangażowania jak obojętność. Zabawa w zdobywanie i rezygnację – tworzy toksyczne koło – chcę i nie chcę, jednoczesne przyciąganie się i oddalanie.  Powstaje urojenie wyjątkowości, co  paradoksalnie – wzmaga temperaturę uczuć.  Nie ma to nic wspólnego z magią. Nabrałam się na to kilkukrotnie. Ona nie istnieje.

Jestem więc szczęśliwa i nieszczęśliwa jednocześnie.

Wykreowałam sobie wizję. Poznać dobrego faceta, który będzie się o mnie troszczył. Da mi dużo bliskości. Obudzi się ze mną rano. Wierzyłam, że tego pragnę. I niestety…

Dobry facet jest nudny dla mnie. Nie pobudza mnie do życia. Ziewam. Tracę zainteresowanie. 

Świadomość tego początkowo mnie zamurowała. Przestraszyła. Ostatecznie rozbawiła – jestem wewnętrznie zła…

albo zagubiona. Albo nadal zakochana w nim…. czas pokaże.

 

Obecnie uczę się relacji z kobietami. Nauczyłam się przeklinać właśnie dzięki kobietom. Kiedyś to było dla mnie nie do pomyślenia. A teraz, umiem i lubię. Facetowi wystarczy jeden element w kobiecie by ją zaakceptował. Kobiety patrzą na całokształt. Uwielbiam te szczere. Te twarde kobiety. Chociaż wśród kobiet nie czuję się pewnie…Może dlatego, że zawsze je idealizowałam. A rzeczywistość okazała się koszmarna. Wiele kobiet nie zażywa codziennych kąpieli. Wiele z nich myje pieczarki zamiast je obierać (mam pewną filozofię dotyczącą tej kwestii). Wiele kobiet nie traktuje depilacji jako higieny. Wiele kobiet nie wie jak wyglądają ich intymne narządy. Nie widziało ich w lustrze. Robiłam kiedyś badanie na grupie 40 kobiet w tej kwestii. Żadna. Żadna nie widziała. I pytała- po co?!! Jak k. po co?!!!
Kobiety są zawistne względem siebie. Nie należy im ufać. Nie powinno się powierzać im żadnych tajemnic. Łatwo wylewają z siebie wszystko w złości, z zazdrości, dla własnych korzyści. Mnie koleżeńskie relacje wystarczą. Należę do tych dość wylewnych. Może wydawać się, że mówię za dużo o sobie. Zbyt ufnie… to nieprawda. Zawsze uważam co i komu mówię. Wnikliwie obserwuję. Steruję. Płaszczyk naiwności nieraz pomógł mi w życiu.

Jedzenie…

To dla mnie coś więcej niż potrzeba najniższego rzędu. Jedzenie mówi bardzo wiele o mnie i potrafię też niemało zjeść. Najbardziej jednak uwielbiam mięso. Nie jest to też kwestią przypadku.

Jem ogromne ilości. Makabryczne. Mam to szczęście, że mój organizm potrafi to wchłonąć bez większej najwyżki masy tłuszczowej. Zawsze jem na zapas, jem, jakbym miała już więcej jedzenia nie zobaczyć.
Wszystko to wyniosłam z domu. To zasługa mojej matki. Pilnowała (oczywiście ze względów finansowych) abyśmy jedli tylko trzy posiłki dziennie. Robiłam wiec sobie kanapki po kryjomu. Cienko kroiłam chleb, żeby tylko nie zauważyła. Potrafiłam też te kanapki schować pod bluzką, gdy nagle wchodziła do domu.
Czemu mięso? Mięso jest dla mnie wyjątkowo ważne, bo w domu (w dobie kryzysu) mięso jadł tylko ojciec.
Odbijam wiec sobie teraz za wszystkie czasy. Nadal jem na zapas. Wydawałam ogromne pieniądze na produkty żywnościowe. Lodówka musiała być pełna. Musiało być tam po prostu wszystko. Powoli uczę się, że nie potrzebuję tego wszystkiego. Co nie zmienia faktu, że zawsze chodzę głodna. Ciężko zaspokoić mi tę potrzebę konkretnie, ostatecznie.

Lubię czuć się nieco aspołeczna. Odwiedzam znajomych tylko wówczas, gdy ja mam na to ochotę. Zwyczajnie wymyślam różne czynności, by zostać w domu. Moi przyjaciele wiedzą, że wystarczy zaprosić mnie na obiad a będę zawsze. Mój rekord to cztery niedzielne obiady jednego dnia.
Mój problem z jedzeniem polega na tym, że nie zjem też byle czego. Zjem tylko to, co mi autentycznie smakuje. Jeśli ma być to coś, co ma mnie tylko zapchać to wolę chodzić głodna.

Obiecałam sobie, że zakocham się w facecie, który zrobi mi kanapki. Mówię o tym głośno i wyraźnie, ale zazwyczaj jest to traktowane jako żart.
Raz prawie dostałam kanapki, ale były kupowane, wiec się nie liczy.
Raz dostałam kolację, ale ostatecznie, został mi zabrany widelec, bo nieładnie jest grzebać w pełnej patelni po oddaniu talerza.
Raz zostałam zaproszona na steki z okazji moich urodzin, ale okazało się, że mam sobie je sama usmażyć.

Toteż czekam. Ciągle czekam.
Nie chodzi w tych kanapkach abym je zjadła. Chodzi o to, żeby ktoś zrobił je dla mnie…
I muszą być kolorowe. Lubię kolorowe kanapki.

Dziękuję Pannie W., że zrobiła dla mnie żeberka. Były pyszne. Były dla mnie. Lubię myśleć, że jesteś okrutna, zła i podła… ale jesteś wyjątkową kobietą. Szczerą. Nie można za Tobą nie przepadać. Zwłaszcza, że moje kontakty z kobietami nigdy nie były przyjacielskie, ale to temat na następny wpis.

Dziecko we mgle…

przesadnie reaguje na zmiany, ustawicznie poszukuje uznania i potwierdzenia, nadmiernie odpowiedzialne, lub nadmiernie nieodpowiedzialne, lojalne nawet w obliczu dowodów, że druga strona nie zasługuje na lojalność, impulsywne, z tendencją do poddawania się biegowi zdarzeń…

To ja.

Jest we mnie wewnętrzne dziecko, które uwielbiam i pielęgnuję. I za nic na świecie nie pozwolę go zniszczyć czy zrobić mu krzywdy. Taka jestem. I taka pozostanę…

Uwielbiam tę beztroskę, tę radość i spontaniczność. Jest zaraźliwa i w większości akceptowana społecznie. Zaraża i poraża, czasem wzbudza kontrowersje.

W mojej pracy powinien panować sztywny ton, dress code i bezemocjonalność. Powinien. Nawiązuje specyficzne relacje w życiu codziennym, więc tak też jest i w pracy. Znam swoich klientów, znam ich życie i problemy. Oni znają moją codzienność. Czasem przychodzą do mnie tylko po to żeby sobie pogadać o życiu, religii, bogu, sztuce i głupotach. Jest wśród nich pewien artysta. Rzeźbiarz. Uwielbiam go. Mówi, że urodził się w nieodpowiednich czasach. Przeszkadzają mu samochody, cyfryzacja i dzisiejszy pęd tego świata. Powiedział, że moja osobowość jest nieobojętna… To najpiękniejszy komplement jaki usłyszałam w życiu!

Zdarza się, że spotykam klienta poza pracą, witam się grzecznie z imienia a ten podchodzi do mnie i całuje mnie w czoło… – to może wzbudzać mieszane uczucia, dla mnie to normalne.

Zazwyczaj nie robię ludziom krzywdy. Jednak mój temperament nie bierze poprawki na konsekwencję działań. Mówię dużo, bardzo dużo i nie biorę za te słowa żadnej odpowiedzialności. Zdarza się, że obrażam innych zupełnie tego nie czując. Czasem dochodzi to do mnie po miesiącu, po pół roku i wówczas przepraszam. Zawsze przepraszam.

Jako dzieciak nigdy nigdzie nie wyjeżdżałam. Jako dorosła – byłam przywożona i odwożona, prowadzona za rękę. Zupełnie nie znam świata i teraz kiedy go odkrywam, chłonę wszystko jak dziecko. Nigdy nie jeździłam komunikacją miejską. Wybór autobusu i kupno biletu sprawia mi dużo frajdy. Gubię się na prostej drodze. Zero orientacji w terenie. Zawsze się czymś umorusam jak jem. Na widok fontanny mam ochotę do niej wskoczyć. Lubię skakać po łóżku i bawią mnie te groźby palcem, że spadnę i uderzę głową o stolik. Nie dbam o to. Cieszą mnie małe rzeczy.Balony i polne kwiaty. Wszystko mnie interesuje, wszystko chłonę, wszystkiego chciałabym dotknąć, powąchać. Jeśli czegoś nie wiem, zawsze szukam odpowiedzi.

Jako dziecko mam oczywiście magiczne przedmioty i magiczne zabawy. Na przykład gra w „żółty”. Przejęłam ją od dzieci z domu dziecka, kiedy byłam tam na praktykach. Sprawia mi ona wiele radości i denerwuje tych poważnych i niedowiarków. Polega ona na „klepnięciu” osoby stojącej najbliżej, w momencie kiedy widzi się żółty samochód (bo należy do rzadkich). Ma to na celu „zabranie szczęścia” innej osobie. Czy działa? Ta zabawa wkurzała moje koleżanki-studentki strasznie. Do czasu wpisu ocen z prawa rodzinnego. Pisałyśmy test, na który miałyśmy odpowiedzi. Ja też, ale tylko ja przesunęłam wyniki miażdżąc ten test makabrycznie. Nie do uratowania. Wyjrzałam przez okno. Zaklepałam żółty i podchodząc z indeksem usłyszałam, że wynik tego testu to jakaś pomyłka, jakiś błąd i dostałam swoje 5. Ich miny… nie do opisania.
Swojego czasu bawiło się ze mną w żółty pokaźne grono poważnych ludzi.

Bezsprzecznie posiadam urok dziecka, który pomaga mi w codziennym funkcjonowaniu. Często popełniam błędy, które są mi zawsze wybaczane. Nikt normalny przecież nie skrzywdzi dziecka. Umiejętnie też ten dar wykorzystuje. Zawsze z wdziękiem, zawsze wdzięcznie. Mam wielu dobrych ludzi wokół siebie. Mam dużo szczęścia. Dostaję też różne profity. Zazwyczaj są to słodycze. Mówię wtedy, że nie jestem dzieckiem i wolę procenty. Toteż moja konsekwencja w tej kwestii bywa chwiejna.

Rzadko, naprawdę rzadko spotykam kogoś kto zaczyna mnie temperować, uciszać, wychowywać, kwestionować. Taką osobą był w moim życiu Pan MMW. Nigdy nie czułam się przy nim dobrze. Bardzo ułożony, rozsądny, poważny. Próbowałam być przy nim kimś zupełnie innym.Prostowałam się przy nim. Mówił mi, że mam umyć ręce przed jedzeniem i że jestem za duża na McDonalda… Czasem nie musiał mówić mi nic, wystarczyło jego spojrzenie. Jednak szalę goryczy przelało moje niekulturalne (ponoć) otwieranie jego lodówki. Wcześniej dotykanie książek… Naruszanie prywatności. Wszystko rozumiem, ale on naruszał moją prywatność dotykając mnie. Spałam w jego łóżku… a nie mogę otworzyć lodówki?!!!

 

Być jedną z wielu…

Długo myślałam czy historia, którą chcę tu poruszyć powinna być opisana jako pierwsza… – odpowiedź brzmi -zdecydowanie tak!  W dużej mierze dlatego, że jest ona wciąż żywa, wciąż aktualna… Powinna być też przestrogą dla innych kobiet…

Gdy warszawiak szuka odreagowania od pracy…..

Spotykasz faceta na swojej drodze. Jest magnetyczny, inteligentny, zaradny, czarujący i strasznie zapracowany. Przyjeżdża raz na jakiś czas do mieszkania, które posiada w danej miejscowości, oczywiście najczęściej jak się da. Bo praca. Całe dnie na komunikatorze, od rana do wieczora –  tylko telefonów brak (bo on nie dzwoni, nie lubi). Pierwsza noc, pierwsze tygodnie i pierwsze sygnały alarmowe. Cudowne wieczory – tragiczne poranki. On ogląda wiadomości, sprawdza telefon, odpoczywa. Nie robi śniadania…. Jest obojętny, nerwowy, opryskliwy. Jedyny powód, który powstrzymywał mnie przed nałożeniem butów i trzaśnięciem drzwiami była myśl, że to przecież jakaś pomyłka. Był kochany wieczorem, przytulał mnie i namiętnie kochał. Płakał w nocy mówiąc , że zawsze będzie mnie sprawdzał czy wszystko u mnie w porządku, nawet gdy się rozstaniemy, będzie czuwał, póki nie będzie pewien, że jestem szczęśliwa. Robił mi kanapki z serduszkiem z keczupu, zapalał świeczki i układał masę poduszek. Więc co jest grane????

Pół roku zawirowań emocjonalnych. Wysyłania lokalizacji gdzie jestem, co robię, jakie mam plany. Wiecznych tłumaczeń, że nikogo nie mam, że nie chodzę na randki. Brutalnych ataków słownych. Fajnego seksu i eksperymentów seksualnych. I wiecznego czekania aż przyjedzie.  Aż przyszedł ten moment….

Na imprezie u jego znajomych dowiedziałam się, że nie jestem jedyna… Wyszłam ze spotkania do jego mieszkania. Wypiłam kolejnego drinka i poszłam spać. Nie mogłam już wrócić do domu. Rano… nie było go ze mną w łóżku. Wystarczyło by pokrętne tłumaczenie, że to nieprawda co słyszałam, że jestem najważniejsza, bo przecież kurwa jestem! Wiem to. Zawsze to czułam. Ciągły kontakt na komunikatorze, dużo uczuć, emocji. On nie miałby nawet czasu na kogoś innego – a jednak. Przejrzałam wszystko w domu. Zero poszanowania prywatności. W odwecie – kiedy ja szłam spać a on sprawdzał mi telefon. Teraz moja kolej. Pełno prezerwatyw w szufladach (kiedy my nie zabezpieczaliśmy się w ogóle), babskie kapcie, puder na ręczniku, kobiece kosmetyki w łazience  i telefon!!! Oczywiście zabezpieczony. Jedyne czego jestem pewna to tego, że kobieta jeśli czegoś chce, może osiągnąć wszystko. Oczywiście włamałam się do tego telefonu i szok…!!! Pełno kobiet, pełno zdjęć nagich kobiet, cip, dup i cycek aż mdliło. Wszystkie komunikatory aktywne. Te same zdjęcia dostawałam ja i inne kobiety. Budził nas razem i wszystkie kładł razem spać. Było nas mnóstwo. Napisałam do ostatniej kobiety ( u której zresztą spał w nocy). Odpisała. Spotkałyśmy się. Przytuliła mnie. Zawiązałyśmy czasowy pakt. Ostatecznie urwała ze mną kontakt. Powody oczywiste…
To co zrobił ten facet przeszło wszelkie możliwe wyobrażenie. Spędzał ze mną weekendy, z inną środę i czwartek. Jedna gotowała obiad – druga jadła. Jedna ubierała choinkę – druga rozbierała. Trenował na nas swoje seksualne fantazje. Perwersje. Zabawki. Wszystko pod przykrywką wyjątkowości.
Ze mną planował wakacje – jej w tym czasie powiedział, że będzie w szpitalu. Wszystko ułożyło się w jedną całość. Chodziłyśmy jak w zegarku. Moja lokalizacja dawała mu poczucie bezpieczeństwa i mógł swobodnie spędzać czas z inną. Wieczorne przedstawienia – picie wina, słuchanie muzyki, czułość, poduszki i świeczki z Ikei – podobne, wręcz identyczne.

Makabrycznie mnie zdominował. Robiłam co chciał według jego reguł. Sprzątałam mu w mieszkaniu. Zapewniałam o uczuciu. Adorowałam. Potrzebował słów jak nikt inny. Czasem spadała mu maska z twarzy odkrywając jego kompleksy. Boże! Ja malowałam mu włosy!  Jak Uległa i Dominujący. Nazywał mnie su…! Pluł mi na twarz! Jak mogłam na coś takiego pozwolić?

Wybrał mnie! Długo mnie sprawdzał i ugniatał. Znał moją przeszłość i dzieciństwo. Wiedział, że jestem idealna. Podobnie ta druga… jak inne, nie wiem. Nie docenił mnie, nie doceniał siły kobiet. Zrobiłyśmy mu niespodziankę. Ja pierdole – ukryta prawda, dlaczego ja i zdrady. Ona otworzyła mi drzwi jak był w kąpieli. Jak wyszedł z łazienki byłyśmy już we dwie. Warto było. Mina bezbłędna. Wyszedł nagi z tym swoim sisiorkiem.
Poniżenie….

Po kilku dniach przyszedł do mnie z kwiatami. Powiedział, że mnie kocha i, że sprowokowałam wszystko co się stało, że to tylko moja wina. Mistrz! Nie nienawidzę go, odczuwam coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego, czuję z nim więź, czasem tęsknię, ale już nie czekam. Współczuję mu! Jest malutki. Tak malutki, że musi podpompować swoje ego tymi wszystkimi kobietami. Normalny facet tak nie robi. Dowartościowany mężczyzna tak nie postępuje.

Zastanawiałam się czy ten post jest formą zemsty…?!! – nie jest. Internet nie zapomina. Nikt nie lubi obnażania intymności. Zachowałam pewne standardy prywatności. Moim zdaniem, zbyt wielkie. Nie wiem, czy on ma w ogóle prawo, czuć się dotknięty. To nie było działanie w afekcie. To była premedytacja z jego strony. Nieprzypadkowo też obrobił mi tyłek wśród swoich znajomych. Nieprzypadkowo chciał dojść ze mną do porozumienia. Jedyne czego jestem pewna to tego, że nie pozwolę sobą sterować.