Mirror

Zaczynam obsesyjnie patrzeć w lustro. I nie tylko po to, żeby sobie z kimś inteligentnym pogadać. Nikt, jak ja – nie pochwali swojego odbicia elokwentnymi epitetami (i jeszcze w to uwierzy). Nikt, jak ja,  nie opierdzieli mnie samej w lustrze – dosadnie i szczerze ( w zależności od natężenia światła).  I nikt, nie pierdzielnie takiego przemówienia motywacyjnego – jak ja sama- gdzie się jeszcze wzruszę.

Gadanie z sobą w lustrze jest uznawane za domenę ludzi narcystycznych. Nie sądzę. To domena ludzi samotnych.

Jakiś przedziwny korowód ludzi przychodzi do mnie do pracy z zapytaniem – Czy byłam tu w zeszłym roku??! Byłam. Początkowo, uśmiechałam się na to pytanie – teraz – jak wiem już o co chodzi… – marszczę brwi wrogo, stroję kobiece foszki i czekam… na te słowa kojące… – zmieniła się Pani, w tamtym roku była Pani ładniejsza…. Wrrrr.

Przeanalizowałam to. Owszem, jestem o rok starsza. Zmarszczek jakoś specjalnie mi nie przybyło, ani kilogramów. Styl ubioru i makijażu – bez zmian. Zatem co? No włosy!

Mężczyźni wolą jednak blondynki!

Mój miodowy odcień włosów blond, to dla facetów jakiś rudy, jakiś wymyty i wypłowiały brąz, jakiś ciemny, jakiś jakiś niezbyt określony kolor. Kojarzony z latami, smutkiem, i hit roku – małżeństwem.

Co ich tam obchodzi, ze rozjaśniacz niszczył mi włosy. Jasny blond to synonim świeżości, wdzięku, dziewczęcego uroku, radości, ciepła i seksowności…

No nic. Trzeba pomalować włosy.

Reklamy

Ej, ej, Nie widziałeś Kozy mej…? (na wypasie)

Zaprosiła rodzinę na niedzielny obiad. Schabowe i zupa. Duża rodzina. Dzieci, wnuki i prawnuki i ich zwierzęta. Udało się wszystkich zapędzić do stołu i jedzą tę zupę – biała – pewnie kalafiorowa, zabielona śmietaną,  w smaku nie czuć nic, ciężko zidentyfikować, głupio zapytać, ale ciekawość wygrywa. Pytanie poszło – jaka to zupa? Nooo pomidorowa. Tej odpowiedzi nie spodziewał się nikt… I konkluzja. Ja pierdole – zapomniała dodać pomidory…

Jaki z tego morał? Jak coś robisz, rób to na wypasie, albo wcale. Tu mam na myśli – wesela, przyjęcia w ogóle. Nie wiem, po co się trudzić w ogóle…

Porażka nr 1.

Hit normalnie. On i ona poznali się na GG. Ona urody wątpliwej, on całkiem całkiem, ale połączył ich wspólny sport – robienie dzieci. Rodziny nie zdążyły się poznać i dogadać i w efekcie polubić. Zatem zorganizowano wesele – w mieszkaniu. O żesz. Efekt końcowy. ok 22.00 rodzina pana młodego zabrała alkohol i pojechała  kontynuować imprezę „w jakimś bardziej rozrywkowym miejscu i towarzystwie”. Na plus była jedna obecność alkoholu…

Porażka nr 2.

Jak można wpaść na pomysł, by zorganizować imprezę masową bez alkoholu??! Jeśli organizatorzy nie piją ok – ale my, goście TAK, a Ci co nie mogą, lub nie chcą, to ich broszka, ale wybór powinien być. Wesele bez alkoholu skończyło się o 24.00 z bólami (że tak długo). Ci sprytniejsi, organizowali sobie procenty i pili po kryjomu – gdziekolwiek się dało. Tajne picie wzmaga zapotrzebowanie, toteż myśl jest taka, żeby spożyć jak najwięcej, jak najszybciej, póki jest okazja – efekt?!! – północy nie dotrwali (szczęściarze).

Porażka nr 3.

Ona kocha innego, ale wesele zorganizowane i zapłacone, zatem zero wsparcia z zewnątrz. Z boku wszystko gra. Jest wypas – jest cudne jedzenie, alkohol, orkiestra i piękni goście. Wszyscy się świetnie bawią. Panna młoda wygląda bosko… tylko nieobecna jakoś. Ponieważ 90% swojego wesela spędza na skype z ukochanym. A Pan młody? udaje, że nie wie…

Nie mogę sobie za groma przypomnieć dokładnej daty swojego ślubu… 2002. Urząd Stanu Cywilnego. Tylko my i świadkowie…. Pierwszy raz ich wtedy wiedziałam na oczy! Dzień koszmarny. Pewnie stąd to wyparcie. Asekuracja umysłu. Mój drugi ślub będzie na wypasie! Taki żart, jaki ślub… 🙂

Słowem w K.

Jako, że jestem ze stycznia…

  1. Słowem w K.

Jeden raz do roku przytrafia się taki dzień,
że przyświeca Ci blask, który rzuca cień.
Cień na wszystko wokół, co stoi, leży i oddycha.
W ten dzień na zmartwienia możesz kichać.

Kiedy stoisz przed lustrem, nie myśl że robisz się stara,
myśl że zyskałaś pewność siebie i że jesteś dojrzała!

Kiedy łapiesz za piwo, nie myśl że nadużywasz alkoholu,
myśl że sięgasz za magiczny specyfik na poprawę humoru!

Kiedy sama siedzisz w kącie i chcesz otworzyć wino,
pamiętaj że to chwilowe, bo jesteś wspaniałą dziewczyną!

Kiedy dopada Cię depresja i przerażona nie wiesz co to będzie,
zapewniam, wszystko się ułoży, nim ksiądz zdąży przyjść po kolędzie 😛

Niech droga do celu, którą sobie obierzesz, Cię nie znudzi!
Spełniaj marzenia, bądź zdrowa i uważaj na ludzi!

PS

A tak poza tym, to sobie myślę, że skoro jesteś ze stycznia…
To musisz być pyszna!          …

View original post 46 słów więcej

Dostałam bana (na)

Postawiłam się szefowej. Jako, że nie może zemścić się na mnie legalnie – robi to w swoim stylu – olewa mnie i deprecjonuje moje potrzeby. Dziś zapomniałam klucza do biurka. Czekam więc, aż szefowa przyniesie mi klucze zapasowe. Czekam od dwóch godzin. Zaczynam podejrzewać, że nie dostanę ich dziś wcale. Mściwa bestyja. Taktycznie genialna! Jednak to nic. Nowy rok. Nowa ja. Nie pozwolę więcej robić się w wuja.

Postanowienia noworoczne… nigdy się w to nie bawiłam. Wiem z czym przeginam – to przede wszystkim nałogi. Lubię myśleć, że palę, bo lubię. Dziś wiem, że to niekoniecznie prawda. Jeśli ktoś lubi czekoladę, a jest godzina 22.55 i pozostała mu ostania kostka – nie będzie zasuwał do sklepu na złamanie karku, by mieć kosteczkę na rano. A palacz tak. Dlatego palę, bo jestem uzależniona. Allen Carr napisał niesamowitą, książkę o kiepskim tytule – Łatwy sposób na rzucenie palenia. Przeczytałam, by udowodnić wszystkim, że to nie działa. Założenia są takie, że można palić czytając tę książkę, więc spróbowałam. Już w połowie tej broszurki, sama rzuciłam palenie i to z uśmiechem na ustach. Ta euforia trwała miesiąc. Książka działa na zasadzie wpływu logicznych argumentów. Jestem mega podatna na wpływy… niestety krótkotrwale. Książkę jednak polecam. allencarr

W Parku Centralnym na terenie mojego miasta – wprowadzono bezwzględny zakaz palenia. O żesz kurcze. Na 13 hektarach świeżego powietrza. Dla mnie to absurd. Nie obnoszę się ze swoim nałogiem, ale mam poczucie pewnego ostracyzmu społecznego, jaki mnie dotyka. Mało tego! To gnębienie mniejszości!

Dobrze, że alkoholizować się w tym kraju można bardziej legalnie.

A więc plan jest taki. W pracy – pracować. Palić po kryjomu. Pić formalnie. I kochać. Kochać go. Skończyłam ten rok w jego objęciach i zaczynamy razem nowy etap. To będzie nasz rok…!

 

Litr wina, pół wódki

i sześć szlugów – śpiewał Taco. Mnie wystarczyły dwa shoty i trzy piwa. Moja ekonomia w tym względzie jest porażająca. Chciałabym pójść bawić się do klubu, by rano podpisać listę obecności – przed zamknięciem. Mnie jednak zostaje historia Kopciuszka. Północ i do domu. Samotnie!

Smutnie. Przerażająco, aczkolwiek prawdziwe stwierdzam, że wracając do domu samej (czyt. singielce ) istnieje możliwość – dla mnie pewność, że obudzisz się rano w ubraniu… co nie zmienia faktu, że można narobić gorszych głupot. I klasyk. Pisanie smsów po pijaku. Uwłaczające. Żenujące to i chyba nawet, nieszczere.

Zarzucił mi. Ten typ nieokrzesany (aczkolwiek intrygujący), że na moim blogu brakuje seksu, krwi, pazura, sensacji – reasumując życia. WTF?! Jak ja nie mam, ani seksu, ani pazurków, krew regularnie (dzięki Bogu, dziękuję), a moje życie to film porno bez scenariusza – pierdoli się wszystko, na wszystkie możliwe sposoby. Za moim udziałem, a jakże. Jak chodziłam na paluszkach, omijając kłopoty to i tak wpadłam w gówno – burzę. Wolę mieć zatem udział – świadomy i decydujący w machinacje, w które jestem wplątywana.

„Jedno spotkanie! Pięciu przyjaciół! Trójka Cię nienawidzi. Czwartego złapałaś po przyjacielsku za tyłek, a piątego zaprosiłaś na randkę…. ” Można? Można. Przemilczę ten temat (czasowo), by nie wywołać tsunami… Jednak ta historia też nie ma krwi (na szczęście), pazurków (na szczęście), sensacji ( to akurat ma w nadmiarze) i seksu ( nad czym ubolewam).

Dostałam dziś piosenkę miłosną po niemiecku…. z wszystkich języków świata – jak można wybrać stylistykę nazizmu, faszyzmu i Holokaustu???!

Najpiękniejsza i najseksowniejsza pościelowa nuta w mojej hierarchii:

Teorie naukowe

Mój mały schiz. Uwielbiam.

U mnie wszystko musi być naukowo przebadane i potwierdzone. Ciężko jest się ze mną kłócić. Czekam na logiczne argumenty. Jeśli ktoś mówi mi, że manipuluję, pytam. Jaki mam w tym cel? Manipulacja ma zawsze przynieść profit manipulatorowi!
Któregoś dnia, ona, bardzo wkurzona na mnie, krzyczy – czy jak idziesz srać to dlatego, że Ci się chce, czy dlatego, że jest to naukowo potwierdzone?!! Spokojnie zatem odpowiadam. Owa czynność to potrzeba najniższego rzędu, jak popęd, zatem naukowo potwierdzona. Idę bo muszę. Nie dlatego, że chcę.
Brzydko używać takich słów. Nie wypada damie. Nie jestem damą.

Moją ulubioną teorią jest teoria niedokończenia. Mówi ona o tym, że każdą myśl, każdą sprawę, należy w życiu zamknąć. W innym przypadku, Twój umysł będzie nad nią pracował, męczył się, zadręczał. Jeśli nagle znika ważna osoba w Twoim życiu, zaczynasz snuć teorie, dlaczego? Co się stało? Intensywnie szukasz rozwiązania. Zwyczajnie musisz to wiedzieć. Jeśli odbyłaby się rozmowa pożegnalna, to niby wiesz, najwyżej katujesz się w zupełnie inny sposób, ale wiesz…

Najprostszym przykładem teorii niedokończenia jest budzenie nocne – olśnienie . Coś w ciągu dnia zapomniałeś i nagle ta myśl, wyrywa Cię ze snu. Każdy to zna. To dowód na to, że nasz umysł ciągle nad czymś intensywnie myśli. Choćby podświadomie. Musi wszystko domknąć, schować do szuflady.

Warto zamykać zatem wszystkie sprawy do końca. Mówi się, że prawdziwa miłość nigdy się nie kończy… myślę, że tak dzieje się wówczas, gdy sprawa nie została wyjaśniona.. przegadana i zamknięta. Wówczas żyje w podświadomości, snuje własne teorie .

Drugą ważną teorią dla mnie jest przypuszczenie, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszystko jest po coś. Gdy dzieje się coś złego, jak obecnie u mnie… mam nadzieję, że to przyniesie coś dobrego. Coś się kończy. Lekcja odbyta. Wnioski wyciągnięte. Będzie coś innego, coś lepszego… łatwo się mówi…

Przyglądając się trajektorii mojego życia, widzę progres. Za co jestem szalenie wdzięczna.

Wstyd

Mogę się wstydzić za błędy, które notorycznie popełniam, za dziurę w skarpecie i gdy wypowiem jakieś słowa z szybkością błyskawicy. Mogę. Nie wstydzę się za mój blog, za to jak żyłam i przez to, co tu zostało opisane. Nie wstydzę się za swoje poglądy i nie wstydzę, się za to, jakim jestem człowiekiem.

Nie wstydzę się za to też, ile mam lat.

Czy ludzie się zmieniają?

Nie wiem. Ja nie miałam w planie się zmienić. Jako egoistka, uważałam, że skoro ktoś mnie nie akceptuje – to jego problem. Jako infantylny dzieciak, sądziłam, że jestem cudowna, melodramatyczna, słodka i dobra i potrafię z siebie wiele dać. Tylko trzeba znaleźć odpowiedni obiekt. Jako kobieta… dorosła i niekonsekwentna – wiem, że pewnych rzeczy zmienić nie chcę, innych nie muszę, ale zawsze warto się starać i próbować kompromisów.

Ostatnie tygodnie…  byłam taka, jaka zawsze chciałam być. Szczera. Kochająca i czuła. Beztroska. I bezgranicznie oddana. Zupełnie zatraciłam swoje egoistyczne popędy, ale osobowość została. Bo mnie wolno mówić co chcę, bo ja mam prawo, bo ja taka jestem. Zrozumiałam, że niekoniecznie. Z bólem, ale zrozumiałam, że nie wszystko mi wolno. Nie pozwolę się jednak ograniczać. Nie pozwolę by ktoś wpędzał mnie w poczucie winy i by ktoś mówił mi – jak mam żyć. By ktoś mnie oskarżał o złe intencje, i o knucie. Nie zasłużyłam sobie w żaden sposób, by usłyszeć – cały świat mnie przed Tobą ostrzega! O żesz w mordę…!!!

Każdy ma coś do ukrycia. Każdy zrobił coś głupiego i za coś się wstydzi. Nie każdy jest tak szczery i otwarty (lub głupi) by pisać o tym publicznie. Magda tu i Magda w realu – to ta sama Magda. Jednak pozostaje kontekst. I ludzie. Codziennie poznaję ludzi, którzy na mnie wpływają. Codziennie się zmieniam i codziennie się wstydzę.

Kim jest Alvaro?

To rzeczownik i przymiotnik w jednym.

Alvaro ma ten błysk w oku, tę magię spojrzenia, tę stylizację fryzury (na boczek, koniecznie, z dłuższą grzywką) i standardowe odzienie. Ciężko go jednak ubrać w słowa… Bo pomimo nieco pejoratywnego zabarwienia – Alvaro obiektem kpin i żartów nie jest i być nie może.

Alvaro może nałożyć jasny krawat do ciemnej koszuli, czy nawet różową polówkę.(Swoją drogą, tradycyjne koszulki polo maja klasę – białe koszulki, nadmienię).

Alvaro nie musi pięknie mówić… on się uśmiecha – nienachalnie i beztrosko. Tak słodko, że kobietom podnoszą się endorfinki i spadają ….

Otwieramy wtedy buzię – w tym naszym – Ooooo…. boski! Jak na widok śpiącego buldożka, czy żebrzącego mopsika – kota, lub ostatecznie – niemowląt.

Alvaro wie, że wzbudza uwielbienie i pożądanie, ale nie „robi go” to. Jest znakomicie wychowany. Traktuje kobiety z szacunkiem… Otwiera drzwi do samochodu i przynosi kwiaty. I otwiera parasol jak pada… Szanuje kobiety. Przyjaźni się z kobietami. Kocha jedną kobietę. Prawidłowo układa relacje z mężczyznami. Nie szuka rywalizacji.

Tak! Nie każdy może być Alvaro!

Zjebało się

Zawsze to samo. Radosna twórczość w mowie i piśmie.
Skakałam sobie z chmurki na chmurkę w radosnym uniesieniu, aż przyszła gówoburza. 
Zawiniłam, ale bez przesady. Oberwało mi się za moje opinie. Fakt faktem nie powinnam była się wypowiadać na temat ludzi, których nie znam. Na temat przyjaciół bliskiej mi osoby. Jednak to były luźne odczucia i wrażenia, które nie miały odzwierciedlenia w rzeczywistości. I osoba, która uczciwie doniosła, to doskonale rozumiała.

Mogłabym się kajać, przepraszać, błagać o wybaczenie, ale tego nie zrobię. Tu wkracza moja duma i mechanizm obronny w postaci ucieczki. Jestem gotowa zrezygnować nawet ze swojego szczęścia, niż słuchać słów w stylu -jak mogłaś?!! Ten zawód co do mojej osoby, ten żal, złość i próżnia ostatecznie. Jakbym była zła… a tego o mnie raczej powiedzieć nie można.

To wystarczająca kara dla mnie. Chociaż nie. Sama się ukaram dotkliwiej.